A czasu coraz mniej…
piątek, 14 lis 2008. Autor: Barman

- Od kilku lat prowadzisz w internecie portal poświęcony Prusom Wschodnim. Lektura opublikowanych tam opowieści jest pasjonująca dla wszystkich tych, którzy interesują się przeszłością Warmii i Mazur, historią w ogóle. Do tej pory zebrałeś około 35 relacji i wywiadów, z których część opublikowałeś na stronach internetowych. Co sprawiło, że zainteresowałeś się Prusami Wschodnimi?
- Już jako nastolatek interesowałem się przedwojenną, niemiecką historią moich rodzinnych stron. Fascynowały mnie ślady, jakie jeszcze kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny tu i ówdzie po niej zostały, na które można było na co dzień natknąć się we własnym otoczeniu. Na przykład zmyte przez deszcz, ale wciąż widoczne niemieckie napisy na budynkach. Albo – kiedy chodziliśmy ze szkoły porządkować cmentarz – popękane nagrobki z niemieckimi nazwiskami pisanymi frakturą, na których nikt nie stawiał zniczy. Dodać trzeba też, że w latach 90. panowała atmosfera zainteresowania tą przeszłością, bo było to dosyć świeżo po otwarciu granic, kiedy niemiecka przeszłość Prus Wschodnich przestała być tematem tabu. W Gazecie Olsztyńskiej ukazywało się bardzo wiele artykułów na ten temat, opisujących np. ciekawą historię tego czy innego olsztyńskiego budynku. Pamiętam jeszcze po dziś dzień nazwiska autorów: Stanisław Piechocki, Lech Kryszałowicz i inni. Potrzebny był tylko impuls…
- A co było tym impulsem?
- Latem 1995 r. moje rodzinne miasto Biskupiec obchodziło 600-lecie swojego istnienia, przyjechały dwa autobusy z jego przedwojennymi niemieckimi mieszkańcami. A ponieważ wówczas nie było jeszcze zbyt wielu polskich książek na ten temat, a tym bardziej książek w miarę wiarygodnych, wsiadłem po prostu do jednego z tych autobusów i pytałem, czy ktoś nie zechciałby mi opowiedzieć co nieco na temat swojego życia w przedwojennym Biskupcu. Odzew był bardzo skromny, ale jeden pan się zgodził. Przez te dwa-trzy dni ich wizyty chodziliśmy razem po mieście i on opowiadał mi o swoim dzieciństwie i życiu w Bischofsburgu, bo tak nazywał się Biskupiec przed wojną. Potem zaprosił mnie jeszcze na wakacje do siebie, do Niemiec, i tam nagrałem pierwszy długi wywiad, można powiedzieć wywiad-rzekę. To był taki zaczątek, a tak naprawdę wszystko ruszyło kilka lat później, kiedy wyjechałem do Niemiec na studia.
- Wspomnienia, jakie publikujesz w internecie, nie dotyczą tylko Biskupca. Widać, że projekt ma znacznie szerszy zasięg. Dotyczy nie tylko Warmii i Mazur, ale także miejsc znajdujących się obecnie na terenie Obwodu Kaliningradzkiego…
- Początkowo chciałem zebrać jedynie dokumentację na temat przedwojennego Biskupca, ale odzew był tak słaby, że rozszerzyłem projekt na całe dawne Prusy Wschodnie. Dotarcie wyłącznie do mieszkańców dawnego Bischofsburga było po prostu zbyt trudne. Teraz mogę stwierdzić, że dobrze się stało, iż rozszerzyłem zainteresowania, bo jako kraina historyczna Prusy Wschodnie stanowiły przecież jedną całość. To odbija się nawet we wspomnieniach moich rozmówców. Np. syn ziemianina z powiatu bartoszyckiego opowiada, jak z rodzicami jeździł na zakupy do Królewca, oddalonego zaledwie o 70 kilometrów, gdzie rodzina pana hrabiego szła do kawiarni na drugie śniadanie i dzieci dostawały tam frykasy, jakich na co dzień na wsi nie było nawet w pałacu. Wtedy była to godzinna przejażdżka, a dziś po drodze jest surowo strzeżona granica Unii Europejskiej.
– Jak docierasz do swoich rozmówców?
- Najpierw wyszukuję adresy w pismach dla przesiedleńców – tam zazwyczaj publikowane są dane osób obchodzących okrągłe urodziny, złote gody itp. Czasem są też artykuły opisujące konkretną ciekawą postać. Następnie dzwonię do wybranych osób. Odbierano to bardzo różnie. Rozmówcy często podchodzą sceptycznie do propozycji przeprowadzenia wywiadu. Na rozmowę zgadza się może jakieś 20 procent. Jeśli ta osoba mieszka w pobliżu, to umawiamy się na spotkanie osobiste, podczas którego nagrywam wspomnienia na kasetach magnetofonowych. W przypadku osób mieszkających daleko przeprowadzam też wywiad telefonicznie. Ze swoimi rozmówcami łączę się wówczas dwa-trzy razy. Jedna taka rozmowa trwa zwykle około godziny.
- A jak zdobywasz zdjęcia? Na Twoich stronach internetowych jest ich bardzo dużo. Niektóre wydają się być pamiątkami rodzinnymi, inne zdjęciami dokumentującymi np. życie miast lub takie wydarzenia jak plebiscyt. Czy Twoi rozmówcy przekazują Ci zdjęcia do archiwum?
- Na wywiad zazwyczaj zabieram laptopa ze skanerem, wówczas mogę od razu na miejscu zeskanować fotografie, które są cennym uzupełnieniem wspomnień, a wiadomo, że nikt nie odda swych pamiątek rodzinnych, które z ogromnym trudem uratował z pożogi wojennej, osobie, którą zna dopiero od kilku dni. Bo trzeba pamiętać, że ludzie, z którymi rozmawiam, potracili w Prusach całe majątki, a w swych tobołkach wlekli ze sobą często album ze zdjęciami. To dowodzi, jak cenne były dla nich fotografie dokumentujące ich życie rodzinne.
- Na Twoich stronach internetowych są nie tylko wywiady. Niektóre materiały przypominają pamiętniki…
- Zgadza się. Po przepisaniu rozmowy z taśmy często zamieniam wywiad w quasi-osobiste wspomnienia, bo to się po prostu łatwiej czyta. Forma zależy głównie od osoby i poruszanego tematu. Jeśli rozmawiam np. z byłym drużynowym Hitlerjugend, to zostawiam bardziej autentyczną formę wywiadu, bo pewne rzeczy można wyczytać między wierszami, a to przecież delikatna materia. Ale niezależnie od tego, wszystkie teksty muszę żmudnie przeredagować, bo zazwyczaj opowieści są dosyć chaotyczne, brak często chronologii, są powtórki i trzeba to uporządkować. Czasami dostaję również „gotowce”, jeśli wyszukana przeze mnie osoba spisała już swoje wspomnienia dla dzieci i wnuków. Od jakiegoś czasu ludzie zgłaszają się również sami. Ale z tymi gotowcami też mam dużo pracy, bo albo są za długie, albo napisane zbyt potocznym językiem, albo trzeba dopytać telefonicznie o interesujące szczegóły i połączyć wszystko w całość. Nie wszystko jest ważne, nie wszystko można też opublikować, bo niektóre rzeczy są zbyt osobiste, albo interesujące jedynie dla członków rodziny. Teksty są autoryzowane i zazwyczaj podpisujemy umowę określającą warunki publikacji.
- Wspomnienia są oczywiście w języku niemieckim. Kto zajmuje się tłumaczeniem?
- Robię to sam i choć język znam bardzo dobrze, to tłumaczenie na polski zajmuje mi sporo czasu, z wielu powodów. Na przykład nie tak dawno zakończyłem przekład tekstu nasyconego pewną autoironią, co trzeba uwzględnić przy doborze słów w polskiej wersji. Dosyć często zdarzają się problemy z terminologią – np. pojawia się specyficzny żargon III Rzeszy, czy też nazwy gier i zabaw dziś już nieznanych. Żeby ładnie przetłumaczyć to na polski, trzeba się trochę nagłówkować. Nie chcę, żeby wspomnienia były za bardzo nasycone germanizmami. Podczas tłumaczenia muszę też prawie zawsze skontaktować się ponownie z autorem wspomnień, aby doprecyzował tę czy inną wypowiedź.
- Wspominałeś, że propozycje wywiadu padające z ust polskiego dziennikarza, dokumentalisty nie zawsze spotykają się z entuzjazmem. Dlaczego? Rozmówcy są nieufni? Obawiają się czegoś?
- Podczas pierwszego kontaktu na rozmowę zgadza się – jak już mówiłem – może co piąta osoba. Z tym że to nie zawsze wynika z niechęci do Polski, ale z wielu innych powodów. Ludzie, którzy mieli bardzo bolesne przeżycia, nie chcą po latach ponownie rozdrapywać ran i mówią, że jest to skończony rozdział w ich życiu. Ci ludzie, a przynajmniej wielu z nich, są poza tym niezwyczajni stać w świetle reflektorów i opowiadać publicznie – choć to „tylko” Internet – o swych przeżyciach. Część oczywiście ma nadal żal do Polaków, od których tuż po wojnie doznali wielu przykrości. Paradoksalnie, najczęściej zdarza się to wśród tak zwanych autochtonów, a więc Warmiaków i Mazurów polskiego pochodzenia, którzy po wojnie zostali na miejscu i dopiero w latach 60. lub jeszcze później, wyjechali na stałe do Niemiec. Mimo polskiego pochodzenia dla napływowych Polaków byli „szwabami”, a tuż przed wyjazdem odebrano im jeszcze cały majątek, albo – pod przymusem – wykupywano ich domy za bezcen, na czym wzbogacali się miejscowi notable z partii czy milicji.
- Z faktu, że tylko co piąta osoba zgadza się na zwierzenia, można wyciągnąć wniosek, że ci ludzie mają żal do historii…
- Zaczynając pracę nad projektem, byłem w pewnym sensie naiwny, bo wychodziłem z założenia, że minęło już tyle lat od zakończenia wojny, że rany są już właściwie zagojone i nie powinno być problemu z nakłonieniem ludzi do zwierzeń. I dopiero z czasem zauważyłem, że wśród starszego pokolenia nadal są osoby, które mają po dziś dzień czy to żal do Polaków, czy wręcz rewanżystowskie nastawienie. Ale jest to naprawdę znikoma mniejszość.
- Jak jesteś przyjmowany przez tych, którzy zgadzają się na rozmowę?
- Zazwyczaj są otwarci. Często ta otwartość rozwija się podczas rozmowy, nawiązuje się powoli nić sympatii i zaufania, i ludzie opowiadają coraz więcej, zdradzając rzeczy, których na początku rozmowy by nie opowiedzieli. Raz umówiłem się na przykład z panem z Królewca i dopiero w trakcie rozmowy, kiedy po dłuższym czasie padło pytanie o to, jak spędzał czas wolny, opowiedział, że był drużynowym w Hitlerjugend i tak od słowa do słowa zrobił się z tego ciekawy wywiad, jeden z najczęściej czytanych na mojej stronie internetowej. Tak jest prawie zawsze – na początku moi rozmówcy „kontrolują się”, a potem ich opowieść się usamodzielnia i płynie jak rzeka.
- Jak dobierasz swoich rozmówców? Czy stosujesz jakieś osobiste kryteria?
- Początkowo brałem każdego, kto wyraził zgodę na moją propozycję. W ten sposób, po pewnym czasie zebrałem „katalog” tych najbardziej typowych losów i wydarzeń, rzeczy, których doświadczyły wówczas tysiące zwykłych ludzi. Opisują oni warunki bytowe w III Rzeszy, ucieczkę przed Armią Czerwoną, zbrodnie wojenne, stosunki z napływową ludnością polską po 1945 r. Od pewnego czasu staram się natomiast szukać ludzi szczególnych, którzy przeżyli coś niezwykłego. Na przykład udało mi się znaleźć Żydówkę z Królewca, która jako jedna z niewielu przeżyła Holokaust, albo Polkę, którą w czasie wojny wywieziono na roboty przymusowe. Trafiła do rodziny warmińskiej, była dosyć dobrze traktowana i po wojnie została tu już na stałe. Takich przykładów jest więcej, ale nie chcę na razie ich zdradzać.
- Czy nie masz wrażenia, że z realizacją swojego projektu musisz się spieszyć? To pokolenie po prostu odchodzi…
- To prawda. Dlatego bardzo żałuję, że moja praca tak wolno posuwa się do przodu. Projekt jest ambitny, dla jednej osoby jest to mnóstwo pracy, a czasu coraz mniej. Dlatego na razie więcej wysiłku poświęcam na zbieranie nagrań, zakładając, że ich opracowaniem zajmę się później. Teoretycznie można to zrobić nawet po śmierci danej osoby, choć generalnie to podczas redagowania i tłumaczenia zawsze pojawiają się pytania i nieścisłości, które trzeba wyjaśnić, dzwoniąc czy pisząc do rozmówcy. Czytam i redaguję te teksty zazwyczaj wiele razy, a pomiędzy poszczególnymi etapami obróbki muszą poleżeć parę tygodni, aby można było na nie spojrzeć „świeżym” okiem. Wprawdzie kilkakrotnie miałem propozycje współpracy, pomocy w redagowaniu zebranego materiału, ale jak dotąd oferty rozchodziły się zawsze po kościach. Generalnie jestem otwarty na współpracę, jeśli ktoś chciałby włączyć się w realizację projektu.
- W tym miejscu warto zapytać, kto finansuje całe przedsięwzięcie. Kto pokrywa koszty wyjazdów, czy choćby utrzymania serwera?
- Projekt finansuję z własnej kieszeni. To mnie w pewnym stopniu ogranicza, bo siłą rzeczy muszę szukać ludzi mieszkających w pobliżu, żeby nie wydawać pieniędzy na bilety kolejowe, które są w Niemczech piekielnie drogie. Obecnie mieszkam w półmilionowym mieście, więc mam większy wybór, ale podczas studiów musiałem jeździć po całej okolicy, co zabierało dużo czasu i odpowiednio dużo kosztowało. Brak finansowego wsparcia spowalnia realizację planów, no bo żeby gdzieś wyjechać, trzeba znaleźć wolny dzień, a w sytuacji, gdy mam stała pracę, nie jest to takie łatwe.
- Projekt jest na tyle ciekawy i interesujący, że powinien być sponsorowany przez jakieś instytucje obu krajów. Na przykład przez polskie i niemieckie ministerstwa spraw zagranicznych, może przez jakąś fundację…
- W przyszłości chciałbym na podstawie zgromadzonego materiału wydać książkę – daję sobie na to jeszcze jakieś dwa lata – i wtedy rzeczywiście potrzebne będą już spore pieniądze. Mam nadzieję, że uda mi się pozyskać sponsora.
- Historia Prus Wschodnich – w kontekście problemu wypędzonych/przesiedlonych – nabiera dzisiaj szczególnego znaczenia. Obie strony, Niemcy i Polacy, potrzebują chyba więcej wiedzy o przeszłości?
- Problem wypędzonych wywołuje wiele emocji, a jednocześnie jest to temat w Polsce nie do końca znany, jeśli chodzi o samą historię. Może jeszcze jako tako znany na naszych ziemiach poniemieckich, natomiast np. w Polsce centralnej, na ziemiach, których bezpośrednio problem ten nie dotyczy, robi się z tego wielką sensację. Politycy, instrumentalizujący swoiście rozumiany patriotyzm, wykorzystują go do podsycania antyniemieckich nastrojów, czy nawet próbują odkręcać koło historii, które już jednak poszło dość daleko w kierunku pojednania. Uważam, że do porozumienia dojdziemy najprędzej na płaszczyźnie międzyludzkiej. Dlatego myślę, że jest rzeczą ciekawą dla polskiego czytelnika poznać te wszystkie historie związane z wojną i wysiedleniami od drugiej strony, z perspektywy niemieckiej. I wcale nie ma tu mowy o żadnym relatywizowaniu niemieckiej winy za wojnę, bo kto zaczął wojnę, kto pierwszy pokazał, że można masowo wysiedlać całe okolice, nie ulega żadnej wątpliwości. Natomiast te ponad 60 lat, które minęły od zakończenia wojny, to wystarczający czas, żeby pochylić się również nad tragedią – zazwyczaj bezpośrednio niezawinioną – niemieckiej ludności cywilnej, która mieszkała tu przed nami, szczególnie że na Warmii i Mazurach mamy tę łączącą płaszczyznę w postaci wspólnej małej ojczyzny.
- W Niemczech panuje od kilku lat tendencja do upamiętniania własnych ofiar…
- Mnie to specjalnie nie niepokoi, o ile nie chodzi o zbrodniarzy, ale o zwykłych ludzi. I trzeba głośno powiedzieć: Niemcy wyciągnęli wnioski z historii, odrobili swoje lekcje i zbudowali demokrację, której np. nasza młoda polska demokracja pod względem standardów kultury politycznej nie dorównuje. Niemiecka demokracja jest tak głęboko zakorzeniona w społeczeństwie, że powtórka z historii jest moim zdaniem niemożliwa. Na marginesie dodam, że większość ekscesów na tle rasistowskim ma miejsce w byłej NRD, gdzie tradycje demokratyczne są siłą rzeczy równie niewielkie, co w Polsce. I niestety jest bezspornym faktem, że Polacy tuż po wojnie, pod względem moralnym nie stanęli na wysokości zadania, nie byli wielkodusznymi zwycięzcami i np. nasi pionierzy na Warmii i Mazurach często szykanowali Niemców, wetując sobie w ten sposób własne upokorzenia z okresu okupacji. Choć były i przyjaźnie, co – tak nawiasem – pokazuje, że czarno-biała wizja historii, lansowana w naszym kraju przez niektórych polityków, jest nieprawdziwa.
- Czas powojenny trudno oceniać dzisiejszymi kategoriami. Wtedy pamięć np. o obozach koncentracyjnych była zupełnie świeża…
- Wówczas na porządku dziennym były nie tylko uprzedzenia i wyzwiska względem Niemców, ale również pobicia, w tym przez oficjalne organy władzy jak milicja, ponadto szabrownictwo, okradanie, wyrywanie ostatniego dobytku z rąk małym dzieciom tuż przed wyjazdem za Odrę. Pod względem czysto ludzkim takie reakcje są zrozumiałe, ale niegodziwość nie stanie się czynem sprawiedliwym tylko dlatego, że ktoś wcześniej też zrobił mi coś podłego, że to on pierwszy pokazał, jak to się robi. Pomijając fakt, że taka zemsta zazwyczaj nie dotykała tych Niemców, którzy dopuszczali się uprzednio zbrodni w Polsce, lecz zupełnie przypadkowe osoby, zazwyczaj kobiety, dzieci i starców. I jeśli mi ktoś o tym opowiada, to ja tego nie zamiatam pod dywan, bo teraz, 60 lat po wojnie, jest dobry moment, aby otwarcie opisać również te przykre dla nas Polaków rzeczy, które czasami wywołują histeryczne reakcje. Zdarza się to jednak bardzo, bardzo rzadko, może raz na pół roku ktoś napisze do mnie oburzony. Znacznie więcej jest reakcji pozytywnych. Nie ma prawie tygodnia, abym nie dostał z Polski maili, w których ludzie wyrażają się z uznaniem na temat mojej pracy.
- Spisywane wspomnienia wydają się być świetnym uzupełnieniem podręczników historii
- Podręczniki historii są rzeczywiście na tyle abstrakcyjne, że każdy Niemiec jawi się tam jako faszysta, zbrodniarz, bestia. A tak przecież nie było. Podobnie jak w Polsce za tak zwanej komuny, tylko niewielki odsetek należał do partii, pracował w milicji itp. Tak samo w Niemczech zwykli ludzie byli w większości, oczywiście może po części omamieni przez nazizm, ale w dzisiejszych czasach też mamy wielu polityków-demagogów, którzy opowiadają ludziom niestworzone rzeczy, choćby na temat stosunków polsko-niemieckich. I dlatego staram się dołożyć moją małą cegiełkę do pojednania polsko-niemieckiego, pokazując Niemców od ludzkiej strony, jako zwyczajnych, przeciętnych ludzi.
- Skąd Twoim zdaniem wynika zainteresowanie Prusami Wschodnimi? Na Warmii i Mazurach jest coraz więcej osób, które interesuje historia tych ziem. Ze wspomnień wyłania się obraz krainy nieco cukierkowej, ale jednocześnie dotkniętej wyrzeczeniami wojennymi.
-Myślę, że po latach, w dobie integracji europejskiej to zupełnie normalne zjawisko. Ludzi interesuje przeszłość ziem, które zamieszkują. Chcemy wiedzieć, jak tu się żyło, jak tu było, jak tu wyglądało. Jednocześnie ta historia regionalna to dobra okazja do przekazania ogólniejszych informacji na temat najnowszej historii Niemiec i realiów życia w Niemczech faszystowskich. Można powiedzieć, że tworzę oryginalny podręcznik, który na przykładzie konkretnego regionu, należącego wówczas do Niemiec, a a obecnie do Polski, pokazuje historię III Rzeszy od kuchni. Widząc, jak to było w Hitlerjugend, jakie były realia życia w tamtym okresie, jak to było z kartkami na żywność i wieloma innymi rzeczami, polski czytelnik ma okazję lepiej poznać niemiecką historie, a przecież – nie ukrywajmy – wiedza na temat III Rzeszy w wielu wypadkach ogranicza się do esesmanów z Oświęcimia, gestapo i może jeszcze Herr Flicka ze znanego serialu komediowego.
-Na obraz całości składają się detale życia codziennego, których we wspomnieniach jest zaskakująco dużo…
- One dają wspomnieniom pewną przewagę nad zwykłym podręcznikiem historii, który jest napisany w zwięzły, rzeczowy sposób, gdzie na koloryt i ludzkie odczucia nie ma miejsca. A w relacjach pojawia się np. wiadro wody, które zimą zamarzło na lód, bo piec kaflowy wygasł, czy też lampa naftowa, z którą nocą wychodziło się do drewnianego wychodka. Takie detale pozwalają czytelnikowi poczuć smak tamtych czasów, zwłaszcza, gdy mieszka się teraz np. w poniemieckim domu. Przez chwilę mamy poczucie uczestnictwa, tak, jakby się to samemu przeżyło. Wiemy, jak żyło się wówczas zwykłej robotniczej rodzinie, jakie były warunki życia w ogromnym ogromnym majątku ziemskim, gdzie robotnicy mieszkali w domach należących do pana hrabiego i część wynagrodzenia otrzymywali w naturze, a jakie na zamożnej warmińskiej wsi. Jeszcze innym atutem relacji jest wgląd w myśli i uczucia ludzi w tamtych latach – one oczywiście są przefiltrowane z perspektywy lat, ale jednak pochodzą z pierwszej ręki i pozwalają lepiej zrozumieć tamtą epokę. Dowiadujemy się, co myślał np. młody członek Hitlerjugend o Żydach, albo chłopak, którego żydowscy koledzy nagle zaczęli chodzić do szkoły opłotkami, aby uniknąć szykan ze strony rówieśników. Albo co taki młody człowiek czuł, słuchając w radiu doniesień o kolejnych niemieckich podbojach, kiedy panował powszechny entuzjazm. A później, kiedy karta się odwróciła: co myślał w 1945 roku, uciekając pieszo przed nadciągającym frontem, w środku zimy, po kostki w śniegu i przy dwudziestoparostopniowym mrozie. Albo widząc kobiety gwałcone przez czerwonoarmiejców na oczach dzieci.
- Czy Twoje dokumentowanie historii kończy się na 1945 roku?
- Nie, interesuje mnie nie tylko okres nazizmu, lata wojny oraz jej tragiczne zakończenie, ale również powojenne losy moich bohaterów. Zarówno te kilka pierwszych lat po wojnie, kiedy jeszcze zostali na miejscu, żyjąc obok, a czasem razem z nowymi polskimi gospodarzami tej ziemi, jak również wysiedlenie za Odrę oraz wywołany przez to przełom biograficzny. Bo to nie było tak, jak obecnie w wypadku studenta, który wyjeżdża na studia do Warszawy i tam potem zostaje, w każdej chwili mogąc wrócić – w tym przypadku to był wyjazd na zawsze i tysiące ludzi nigdy więcej nie ujrzało rodzinnych stron. A za Odrą czekało na nich życie wywrócone zupełnie do góry nogami. Wspomniany już np. hrabia z dnia na dzień stał się biedakiem, w myślach żył nadal w swoim majątku, ale na chleb zarabiał jako zarządca u innego hrabiego.
- To dla wysiedlonych musiało być dodatkowo dojmujące.
- Wręcz poniżające. Syn hrabiego, zamiast iść na planowane studia, musiał zarabiać na życie w handlu zagranicznym, korzystając z tego, że się w domu nauczył się francuskiego od szwajcarskiej guwernantki. Takie wykorzenienie już samo w sobie jest niesamowitą tragedią, ale dochodziła do tego jeszcze niechęć miejscowych w nowej „ojczyźnie”, co uwidaczniało się w bardzo zróżnicowany sposób, np. nauczyciel wystawiał miejscowym generalnie lepsze oceny, albo rodzice nie pozwalali na małżeństwa między przyjezdnymi a miejscowymi. Te podziały zacierały się dopiero po latach albo i dziesięcioleciach.
- Ciekawi jesteśmy jaka była Twoja dotychczasowa droga zawodowa. Jak trafiłeś do Niemiec?
- Przez przypadek. W roku 1998 rozpocząłem studia germanistyczne na Uniwersytecie Gdańskim i po dwóch latach wyjechałem na stypendium do Niemiec. Miał to być półroczny pobyt na Uniwersytecie w Konstancji, ale po tym pół roku postanowiłem zostać tam na własną rękę i dokończyć studia w Niemczech. Pod koniec studiów zacząłem interesować się dziennikarstwem. Najpierw – jeszcze jako student – pisałem do dziennika regionalnego relacje z aktualnych wydarzeń lokalnych, a po studiach odbywałem praktyki w telewizji, radiu i kilku gazetach. Od marca 2008 r. pracuję w stacji radiowo-telewizyjnej MDR (Mitteldeutscher Rundfunk). Jest to nadawca publiczny, który utrzymuje całodobowy program telewizyjny dla trzech krajów związkowych, Saksonii, Saksonii-Anhalt i Turyngii, do tego osiem programów radiowych, a ponadto wspólnie z pozostałymi ośmioma stacjami regionalnymi tworzy ogólnoniemiecką telewizyjną jedynkę. Można to porównać z naszymi ośrodkami regionalnymi TVP, z tym że w Niemczech są to samodzielne stacje, nie ma żadnej centrali, która nimi rządzi, a program ogólnoniemiecki powstaje jako „zrzuta” tych wszystkich „trójek”. No i oprócz tego jest radio.
- Język niemiecki nie jest Twoim językiem ojczystym. Więc jak to się stało, że trafiłeś do zagranicznej stacji radiowo-telewizyjnej? Jak w Niemczech zostaje się dziennikarzem?
- Tu w Niemczech jest zupełnie inny system dostępu do zawodu dziennikarza. Nie ma żadnych korporacji ani egzaminów (taki pomysł pojawił się ostatnio w Polsce, uważam go za bzdurny), jest za to inne sito. Praktycznie każdy, kto chce pracować w liczących się mediach, musi zaliczyć tzw. wolontariat, bez względu na kierunek wykształcenia, nawet jeśli studiował dziennikarstwo. Nazwa wolontariat jest trochę myląca, bo nie jest to ani fakultatywne, ani nie pracuje się za darmo. Jest to raczej staż, przygotowujący w ciągu półtora roku do pracy w zawodzie redaktora. Przez 12 miesięcy pracuje się normalnie w różnych redakcjach, a przez pół roku – wplecione między te odcinki praktyczne – uczestniczy w szkoleniach prowadzonych przez dziennikarzy z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Na przykład przez tydzień uczymy się, jak prowadzić wywiad telewizyjny lub jak prowadzić i zapowiadać audycje, innym razem jak poruszać się na wizji itd. Do tej pory pracowałem w wiadomościach radiowych, w programie informacyjnym „MDR Info”, w studio regionalnym naszej stacji w Budziszynie, w redakcji internetowej, a obecnie pracuję w popołudniowym magazynie telewizyjnym, swoistej mieszance regionalnych newsów i telewizyjnego tabloida, na którą składają się pożary, katastrofy, ciekawostki, kurioza i nowości z życia VIP-ów. Praca w poszczególnych redakcjach trwa od 4 do 8 tygodni, tak że można dobrze poznać specyfikę poszczególnych działów. Wolontariat jest doskonałą przepustką do zawodu, więc co roku ubiega się o niego około 500 osób, a dostaje się jedynie 10 – mówiąc trochę nieskromnie…
…jako Polak, dla którego niemiecki nie jest językiem ojczystym, możesz być z siebie dumny!
- Przez grzeczność nie zaprzeczam…
- Dziękujemy za rozmowę.
Tu możesz przeczytać wspomnienia z Prus Wschodnich.







