Klepisko – śmietnisko
sobota, 5 wrz 2009. Autor: Kasjer
Sobota to dzień targowy. Na Grunwaldzką ciągnie pół miasta. Zwłaszcza teraz, gdy warzyw i owoców dużo. Na Grunwaldzkiej można spotkać praktycznie wszystkich. I wrogów i przyjaciół. Kumpla z podstawówki i dziewczynę z kolonii. O cenę targuje się Henryka Bochniarz, kiedyś z kręgów rządowych, teraz mieszkanka letniska pod Brąswałdem. Jej sąsiad, Balcerowicz, też by kupował, ale się krępuje. Kto wie jakby teraz zareagował rynek na jego obecność. Jak jest ciepło to i Kora skryta pod ciemnymi okularami zawita. Na rynek wpadają profesorowie, artyści i księża. Poza małolatami – wszyscy. Bo rynek to dla Polaka coś w rodzaju miejsca kultowego. Są na ten temat nawet profesjonalne badania zlecone przez Komisję Europejską. W całej Unii Europejskiej Polacy są największymi zwolennikami kupowania na bazarach. Połowa z nas kupuje tam owoce i warzywa przy średniej europejskiej na poziomie 33 proc. Co piąty Polak na bazarze szuka ciuchów, obuwia, staroci.
Tyle miłej gry wstępnej. Teraz do rzeczy. Olsztyńskie bazary to syf do kwadratu. Odwieczna prowizorka, na której władza robi super interes. Kosi od sprzedających haracz nic właściwie nie dając w zamian. To tak trwa latami, dziesięcioleciami. Klepisko – śmietnisko. Z daleka widać, że to nie ma prawdziwego gospodarza. Biała – a raczej brudna – plama na mapie miasta. Miliony idą na jakieś parki technologiczne, których nikt nie widział, inkubatory, remonty teatrów. A nie ma złotówki na porządne kible w miejscu, gdzie rodzi się prawdziwa przedsiębiorczość. Nikt tym ludziom za prowizorycznymi ladami nie daje grantów, funduszy. Sami, w spartańskich warunkach, walczą z rynkiem odkładając kilogramy brudu za paznokciami. A ludzie chcą bazarów, bo to miejsce wpisane w tradycję. Nawet małolaty, które teraz hasają po Alfie, gdy dorosną będą przedkładać targowisko nad supermarket.
W normalnych krajach bazary są jak inkubatory biznesu. Też się w nie inwestuje. We francuskich miastach wraca się do tradycji i w wybrane dni udostępnia rynki w centrum. To tak, jakby u nas pod starym ratuszem np. we wtorki handlowano pietruszką. W Belgii, Hiszpanii też lubią bazary. Handel wychodzi na ulice pokazując supermarketom siłę tradycji i przywiązania. I nie ma prowizorek, śmietniska – klepiska. Nasza władza pod tym względem przypomina babę z rynku. Im bardziej chłodna, tym bardziej chłopu potrafi dopiec…







A moze wystaczylo by targ na Grunwaldzkiej nazwac Galeria Handlowa (oczywiscie entej generacji) albo Fajferek Mall i kasa panstwowa lub unijna by sie znalazla