tytul Kazimierz Brakoniecki: Demokrację trzeba wybierać i praktykować codziennie, a nie od święta

Rozmowa z Kazimierzem Brakonieckim, poetą, pisarzem, tłumaczem, animatorem kultury

-W swojej twórczości Olsztyn nazywa pan Atlantydą Północy. Jak to rozumieć?

–   Nie tyle Olsztyn, co całą obecną-nieobecną ziemię pruską, zmitologizowaną i rzeczywistą krainę borussiańską, nasz region zwany Warmią i Mazurami. Atlantydą Północy, gdyż cywilizacja (a nie tylko jedna) jaka tutaj była, po prostu zniknęła. Atlantydą może być także ziemia i cywilizacja zwana utraconymi kresami wschodnimi, na których żyło  społeczeństwo polskie w morzu innych narodowości i społeczności. Podobnie i tutaj, z powodów politycznych, po wojnie, trafiliśmy na całkowicie lub prawie całkowicie obcą ziemię – chociaż warto pamiętać, że Warmia przez ponad trzysta lat była częścią Królestwa Polskiego, że przez długi czas osiedlali się na ziemi pruskiej koloniści z polskiego Mazowsza. Jednakże mieliśmy z tą krainą różnorodne wymiany i kontakty, natomiast Związek Radziecki, który stworzył dziwaczny i groźny obwód kaliningradzki, nie miał nic wspólnego z tym zdobycznym terytorium.

Atlantyda – w rozumieniu pokoleniowym ludzi urodzonych tutaj po II wojnie św. – to jest pierwotne odczucie urodzenia i dojrzewania na nie swojej ziemi, na kontynencie, którego znaki się widzi, a nie rozumie całkowicie albo nie ma się odpowiednich narzędzi do jego pełnej identyfikacji, np. z powodów politycznych czy kulturowych. Jako przedstawiciel pierwszego pokolenia powojennego na Warmii i Mazurach po raz pierwszy z racji urodzenia i akceptacji miejsca mogłem czuć się u siebie w Olsztynie, na Warmii,  w swojej ojczyźnie prywatnej w odróżnieniu od rodziców czy dziadków, którzy przybyli na dawne ziemie popruskie, poniemieckie, pomazurskie jako osadnicy, koloniści, uciekinierzy jako tzw. repatrianci. Ta nowa ziemia stała się intrygującą  Atlantydą Północy, ponieważ  w końcu zaczęła się od nas domagać prawdy, szerszego i bardziej głębszego spojrzenia na jej specyfikę wielonarodowościową, wielokulturową, a nie tylko turystyczną.

Co nie znaczy, że wcześniej, np. po 1956 roku, nie było takich kulturowo-intelektualnych prób proponowanych przez elity regionalne. Wystarczy wspomnieć  „Pojezierze”. One były, ale nie mogły się w pełni rozwinąć ze względu na panującą autorytarną  i jedynie słuszną  ideologię   propagandową, nacjonalistyczno-komunistyczną.  Poza tym były to czasy powojenne, trudne, przejściowe, pokaleczone.  Polska nie była państwem suwerennym, ale od razu chcę podkreślić, że przesunięcie Polski na zachód uważam za rzecz niezwykle pozytywną i cywilizacyjnie dla nas pomyślną. Nigdy nie byłem apologetą  kresów wschodnich z wiadomych powodów: ciągnęły nas w krąg carsko-sowieckiego bezwzględnego  imperium.  Pragnę też sprostować  pewne stereotypy związane ze stowarzyszeniem i fundacją Wspólnota Kulturowa Borussia, które współorganizowałem. Nigdy nie byliśmy  admiratorami państwa pruskiego ani niemieckiego. Naszym skromnym zadaniem było odnalezienie nieantagonistycznej prawdy historycznej oraz pozytywnej wizji tej krainy, która stała się naszą nową i pojemną w wielorakie symbole, żywoty, znaczenia polską i europejską zarazem małą i dużą ojczyzną. A więc uznaliśmy prawo do pamięci i prawo do dziedzictwa symbolicznego u tych, co byli tutaj w Prusach, na Mazurach  przed nami. Po prostu myśleliśmy krytycznie i antynacjonalistycznie o sprawach regionalnych, krajowych i europejskich.

Nadal jestem zwolennikiem wolnego słowa i otwartego rozsądnie świata, a nie ideologiem zamkniętego umysłu i narodowej ksenofobii. Ale podkreślić muszę i chcę, że osobiście byłem i jestem zdania, że z punktu widzenia naszej państwowości (a ten punkt widzenia jest dla mnie naturalny) Prusy były w okresie swego agresywnego rozwoju państwem osi zła, mimo iż z biegiem lat wewnętrznie się demokratyzowały pod naciskiem ruchów zewnętrznych. Ale zawsze ze szkodą dla ideologii polskiej.  Poza tym same Prusy Wschodnie to była (nie tylko w XIX wieku) taka nieciekawa w moich oczach mieszanka feudalizmu, konserwatyzmu, klerykalizmu, ksenofobii. Mimo Kanta i Arendt. Mimo Herdera i Wiecherta. Moja Atlantyda Północy to nie była ani nostalgia za utraconym (obcym a teraz odkrywanym) imperium czy wymarzonym państwem, ani jedynie autokreacja poetycko-mitotwórcza, ale taki humanistyczny i szczodry odruch mądrego scalania demokratycznej i pokojowej Rodzinnej  Europy Bałtyckiej.

– Bądźmy szczerzy –  do zwycięstwa Prus przyczynili się polscy królowie i możnowładcy.

-Zgoda. Dzięki głupocie  królów polskich i prywacie najczęściej litewsko-ruskiego pochodzenia magnaterii Rzeczpospolitej Obojga Narodów  państwo pruskie zaczęło sobie coraz lepiej poczynać w Europie Środkowej, co doprowadziło, w porozumieniu z Rosją, do likwidacji nieudolnie zarządzanej I Rzeczypospolitej. Była tu kiedyś rudymentarna cywilizacja plemion pruskich, później  wysoka cywilizacja zakonu krzyżackiego, a następnie epoka kolonistów polskich, szkockich, niemieckich, austriackich, holenderskich, litewskich, francuskich. Kiedy padł zakon krzyżacki i powstały Prusy Książęce, to pojawiły się ciekawe ustrojowo polskie Prusy Królewskie. Jednak z powodu naszej krótkowzroczności i  nieudolności straciliśmy okazję, żeby zaanektować całą ziemię pruską, która by nam przyniosła inne widzenie, bardziej ,,bałtyckie” i bardziej „światowe”, meandrów europejskiej polityki i cywilizacji industrialnej.  Uwiązani  polityką wschodnią z powodu tej osławionej unii z Litwą, która w moich oczach stała się dla cywilizacyjnego rozwoju Polski największą feudalną barierą i historycznym nieszczęściem, sami wypracowaliśmy własną zgubę, a tamci postępowali odwrotnie, powolutku i stanowczo budując  naszym kosztem epokowe zwycięstwo (myślę np. o zaborach). Zakon krzyżacki stworzył w XIV stuleciu państwo o tak wysokim poziomie cywilizacyjnym, że było ono porównywalne z Niderlandami. Świadome i mądre przejęcie dobra zakonnego po jego likwidacji, rozumna zgoda na objęcie tronu polskiego przez jakiego „post-Krzyżaka-Prusa- Prusaka-Brandeburczyka” i jego spolonizowanie kulturowe a „uzachodnienie” naszego państwa, przejęcie tworzących się nowych form organizacji władzy i gospodarki według reguł zachodnich, to byłoby naprawdę coś, a tak dostaliśmy sienkiewiczowskie uganianie się po próżnicy za wściekłymi Kozakami i Tatarami oraz kilka bałamutnych poematów kresowych.

Ale  uwaga: w jeszcze w innym, tym humanistycznym znaczeniu i mnie najbliższym Atlantyda Północy to wszystkie pojedyncze żywoty ludzkie bez względu na narodowość i język, które tutaj żyły w sposób prosty, zwykły, ludzki i zniknęły z mapy…  Jak i my wszyscy też znikniemy…. Czyli świat opowieści…

-Potomkowie dawnych mieszkańców tych ziem poszukują swojej Atlantydy jak np. pana znajomy Winfried Lipscher…

-Poszukiwanie Atlantydy to nie była dla mnie wizja ojczyźniana i nostalgiczna z powodu jej utraty, ale mitotwórcza próba jej odkrycia poprzez poszerzenie i pogłębienie zawartości symbolicznej i życiowej o większą przestrzeń, historię i kulturę. Był to świadomy i jakby powtórny wybór otwartego miejsca do życia w demokracji i szacunku dla innych, a dla bliskiego  mi Winfrieda Lipschera diametralnie czymś innym – szukaniem śladów po swojej rodzinie i utraconej prywatnej ojczyźnie, która przecież znalazła się na innym terytorium państwowym, ale to niemiecka III Rzesza spowodowała utratę jego małej ojczyzny i państwowości.

Obaj urodziliśmy się w tym samym mieście. Lipscher w 1938 w niemieckim Wartenburgu, ja w 1952 r. w polskim Barczewie. Jego rodzina była rodziną kolonistów niemieckich, ma tu groby swoich dziadków. To tak jakbym ja sam szukał grobów najbliższych na polskiej Białorusi, pomimo tego że oni też byli tam polskimi kolonistami, a nie tzw. miejscowymi autochtonami.
W 1988 r. Winfried Lipscher otrzymał od kogoś antologię młodej poezji polskiej, gdzie były moje wiersze i informacja, że urodziłem się w Barczewie. To go zdziwiło, że z maleńkiego Barczewa, gdzie więzienie i nic poza tym, pochodzi poeta cytowany w antologii.  Ja co prawda przypadkowo urodziłem się w Barczewie, matka z ojcem szybko wrócili do Olsztyna, ale faktem jest, że to jest miejsce moich i mojej starszej siostry urodzin. Lipscher był kierownikiem zespołu tłumaczy w ambasadzie niemieckiej w Warszawie. Znał dobrze oba języki, bo w 1957 r. tuż przed maturą wyjechał z rodzicami z Barczewa do RFN, gdzie ukończył studia teologiczne. Zainteresował się literaturą polską i został profesjonalnym tłumaczem u samego Karla Dedeciusa. Przez wiele lat był  radcą i głównym tłumaczem przy ambasadzie  RFN oraz odpowiadał za kontakty z polskim Kościołem katolickim. Pracowałem wtedy w olsztyńskim BWA, spotkaliśmy się, zaprzyjaźniliśmy się autentycznie i na trwale.  Po przemianach demokratycznych po 1990 roku podjęliśmy współpracę na rzecz pełnego odkrycia wielokulturowego obrazu, on mówił Prus Wschodnich, ja mówiłem Warmii i Mazur. My Borussianie byliśmy przeciw jakiejkolwiek wizji nacjonalistycznej, propagandowej, skłamanej: czy to polskiej, czy to niemieckiej.

-To, że nie wchodził pan w buty niemieckiego nacjonalisty jest całkowicie zrozumiałe. Ale jako Polak ocierał się pan przecież o nacjonalizm, antysemityzm, katolicyzm.

-Wywodzę się z prostej rodziny patriotycznej i katolickiej. Moje zetknięcie się z nacjonalizmem, antysemityzmem, katolicyzmem polskim nastąpiło wcześnie, bo miałem z tym do czynienia w rodzinie. Rodzina ze strony matki reprezentowała patriotyzm i katolicyzm bardziej otwarty, a szczególnie dziadek ze strony matki Wacław Sokolski, były sierżant sztabowy, dowódca plutonu karabinów maszynowych w wojnie z bolszewikami (Krzyż Waleczny nadano mu na wniosek jego dowódcy, podpor. Augusta Fieldorfa, późniejszego zamordowanego przez komunę  generała AK).  Na takie też zapatrywania miał wpływ wieloletni pobyt mojej rodziny matki i jej samej na zesłaniu w  czasie wojny w azjatyckiej części ZSRR, kiedy zetknęła się ona z różnymi narodowościami i nieszczęściami. Deportowana została 10 II 1940 roku. Mocno endecko-antysemickie poglądy reprezentował natomiast mój ojciec pochodzący z  Ziemi Łomżyńskiej, zresztą odważny partyzant AK, inwalida wojenny. Musiałem te poglądy przerobić, przemyśleć wnikliwie, żeby zorientować się o co chodzi z tymi resentymentami Polaka wiecznej ofiary i pognębionego narodu (a sporo w tym przecież było i prawdy). Podłoże było solidne, bo lubiłem słuchać opowieści starszych i bardziej doświadczonych ludzi, otwarty byłem na różne opowieści, interesowałem się wcześnie i mocno historią małą i dużą. Poza tym szybko się zbuntowałem, wcześnie zacząłem podejrzewać dorosłych (w tym głównie nauczycieli), że sporo ukrywają przede mną, że unikają pewnych tematów, że są na bakier z prawdą, że są konformistami . Bardzo mnie bolała hipokryzja dorosłych oraz ta widoczna coraz bardziej różnica między prawdą domową (rodzinną) a szkolną (oficjalną, propagandową). W naszej rodzinie nie było członków PZPR. Wystarczy że  powiem, że w domu ojciec słuchał codziennie wieczorem zagłuszanej Wolnej Europy, mama z babcią wierzyły tylko księżom, a ja nastoletni zacząłem spiskować, czytając…Montaigne’a i Mickiewicza…, a nawet przez krótki czas w klasie maturalnej wybierałem się do seminarium duchownego. Mój proboszcz olsztyński, dobry znajomy mojej matki, ksiądz Borkowski rodem z Wilna radził mi poważnie się nad tym zastanowić. I miał rację, bo  poezja zwyciężyła. No i mój silny i wolny emocjonalizm.

Jednak najważniejszy dla mojego samodzielnego rozwoju moment przyszedł wraz z rozpoczęciem studiów na polonistyce na  Uniwersytecie Warszawskim jesienią 1971 roku.  Zetknąłem się z innym myśleniem o świecie i z ludźmi o różnorodnej orientacji. A ja usilnie szukałem autorytetów. Najwięcej ich znalazłem nie tyle w codziennym życiu, ile w czytanych (raczej pożeranych) książkach. W dorosłym życiu po powrocie do Olsztyna jesienią 1977 roku byłem przygotowany do tego, żeby stawić czoło na swój neurotyczny i  szczery sposób nacjonalizmowi, antysemityzmowi, autorytarnemu systemowi.

-W autobiograficznej książce Polak, Niemiec i Pan Bóg, o Olsztynie pisze pan, że to peryferyjna, niewolnicza dziura, punkt na mapie, pożerająca nuda, bierność i zidiocenie komunistyczno-narodowo-katolickie.To kontrastuje z tym co o tych terenach mówiło się na Mazowszu. A mówiło się tak: jedziemy na zachód chociaż geograficznie była to północ. Na dawne Prusy mówiono zachód w kategoriach cywilizacyjnych.

– Moja babka Wiktoria Mocarska primo voto Brakoniecka z domu Sadowska mieszkająca na północno-wschodnich rubieżach Mazowsza w Porytem Szlacheckim koło Stawisk (Łomżyńskie) w latach 60. jeszcze mówiła, że jedzie do Prus. Jej matka Maria  Sadowska pochodziła Obryckich z Obrytek herbu Prus I (też jak i jej córka analfabetka),a jej przodkowie kilka dobrych stuleci wcześniej opuścili rodzinne ziemie plemion pruskich,  osiedlając się na polskim północno-wschodnim Mazowszu. Tak więc w mojej krwi (a jeszcze bardziej ojca) płynie zew plemiennych Prusów.

Przed wojną Olsztyn liczył około 50 tys. mieszkańców i też nie był centrum wysokiej ani artystycznej kultury. Oczywiście miasto się rozwijało i pod względem cywilizacyjnym stało na wyższym poziomie, jeśli chodzi o infrastrukturę,  niż Wilno, które było stolicą oryginalnej  kultury polskiej, żydowskiej, rosyjskiej, ale już nie litewskiej, bo w samym Wilnie Litwinów było tylko 2 procent na początku XX stulecia. Olsztyn miał nowoczesne wodociągi,  infrastrukturę, tramwaje, trolejbusy… Jak przyjechała tu grupa uczennic z gimnazjum Orzeszkowej z Wilna, to w miejscowym muzeum ujrzały sprzęt rolniczy, który w ich rodzinnych stronach był jeszcze używany na co dzień. Niemiecki Allenstein był pogranicznym i pokazowym miastem administracyjno-garnizonowym, ale nie miastem otwartej kultury niemiecko-europejskiej. Miastem pogranicza nastawionym na to, aby jak najlepszym przykładem służyć nacjonalistyczno-germańskiej cywilizacji na tzw. Wschodzie. Wysoka kultura niemiecka i żydowska była w Królewcu, głównie przed i tuż po pierwszej wojnie światowej. Po objęciu władzy przez Hitlera intelektualiści żydowscy uciekli z tego regionu, bo szybko zaczął się przekształcać w obszar z dominacją faszystowsko – nacjonalistyczną.  Nasz Olsztyn stał się mimo wszystko, pomimo swojej jednostronnej prezencji administracyjno-partyjno-państwowej typowej dla PRL-u oraz socjalistycznego niedostatku, o wiele ciekawszym  ośrodkiem kultury artystycznej i literackiej, nie wspominając już o szkolnictwie niż jego niemiecko-wschodniopruski bliźniak. Allenstein-Olsztyn – Olsztein-Allensztyn –  można bawić się takimi nazwami rodzinnego miasta, ale mnie i moim przyjaciołom z Borussii nie chodziło ani o żadną apologię wielkich i utraconych Prus ani monopartyjnej i monoetnicznej Polski. Po prostu marzyliśmy o stworzeniu otwartej, demokratycznej i nieantagonistycznej ciągłości wielonarodowego i wielokulturowego miasta, regionu, społeczeństwa w imię pokojowej, etycznej zjednoczonej Europy. Taki to był przynajmniej mój Ideał.

-Po wojnie wysiedlony Olsztyn leczył rany materialne i przygarniał przesiedleńców ze wschodu odkładając potrzeby kulturalne na później?

-Inteligencja z utraconych kresów – a po raz kolejny podkreślę, że dla mnie kierunek wschodni nie był atrakcyjny i znamionował upadek Rzeczpospolitej –  udała się do Gdańska, Torunia, Poznania, Warszawy. Szkoda że nie do polskiego Królewca.  Gdyby Polsce, co się należało po utracie Grodna, Lwowa i Wilna, przypadł Królewiec, to całkowicie odtworzono by w tym pięknym (choć zniszczonym) mieście uniwersytet (wileńsko-)bałtycki. Ostatecznie to w Królewcu drukowano polskie książki w okresie renesansu. Do Olsztyna natomiast głównie dotarli ludzie z Mazowsza, centralnej Polski, Kielecczyzny, Lubelszczyzny, a stosunkowo niewielu z kresów. Ludność napływowa była słabo wykształcona, często bez umiejętności poprawnego pisania i rozumienia tekstu, chłopska, małomiasteczkowa. Zresztą bardzo zdezorientowana, niepewna jutra, zestresowana potworną wojną i jej konsekwencjami.  Nawet tzw. repatrianci z Wołynia czy Wileńszczyzny byli głównie pochodzenia wiejskiego i małomiasteczkowego, więc też niewiele mogli wnieść w rozwój cywilizacyjny regionu. Inteligencja z Wilna, bo i taka przybyła w mikroskopijnym procencie,  stawiła się w Olsztynie w mniejszości. Ci ludzie tęsknili za  utraconą małą ojczyzną, trzeba im było dać nową tożsamość, pracę, opiekę medyczną, bezpieczeństwo. I trzeba sprawiedliwie powiedzieć, że państwo polskie, przecież niedemokratyczne i autorytarne (a początkowo i totalitarne), dużo zrobiło w kierunku cementowania  i tworzenia spójności społecznej, chociaż w sposób wybiórczy i zideologizowany: takie były czasy, a sfera kultury była zaś częścią przemysłu tendencyjno-propagandowego. Obowiązywały slogany w rodzaju: byliśmy, jesteśmy, będziemy, to nasza Macierz, które miały umocnić ducha w dezintegrowanym i rozbitym społeczeństwie. Państwo polskie wykonało potężną pracę edukacyjną i ideologiczną, szczególnie dla młodego pokolenia. No i przyniosło wartości podstawowe, jak reforma rolna, szkolna, społeczna, odbudowa kraju ze zniszczeń. Moim zdaniem, biorąc całość zjawisk – w tym liczne negatywne oraz ograniczenia geopolityczne – efekt okazał się pozytywny, ponieważ (jak się po latach okazało) to właśnie pokolenie powojenne, wychowane i wyedukowane w socjalistycznych szkołach i uczelniach na Ziemiach Odzyskanych, postarało się o wielowymiarowy bunt polityczny i społeczny w imię nauczanych w szkołach ideałów humanistycznych (ale nie zawsze w życiu dorosłym tolerowanych).  Ten nieoczekiwany efekt mocno dziwny i zaskakujący okazał się dla władców PZPR,a nawet dla samego tradycyjnego Kościoła katolickiego, który  zaczął w końcu w pełni współpracować z socjalistsyczną władzą  w celu ,,harmonizowania” zrewoltowanych nastrojów społeczno-politycznych w latach 80.

Ale uwaga: ten rys narodowo-propagandowy na tych ziemiach podkręcali także Prusacy i  Niemcy na przełomie XIX i XX w. oraz szczególnie po I wojnie światowej. Przecież to epoka nacjonalizmów. Hitler ogłosił: nie ma Mazurów, wszyscy jesteście takimi samymi  Niemcami jak my (a sam był Austriakiem!). Głosowaliście za faszyzmem, więc jesteście wielkimi Niemcami i gorącymi zwolennikami cudownej NSDAP, a my zrobimy wam dobrze. Tuż przed II wojną czy podczas wojny mieszkało w regionie chyba około miliona obywateli niemieckich (w tym autochtoni), a w 1945 zostało tylko 100 tysięcy (w większości autochtonów warmińskich lub mazurskich). Część mieszkańców uciekła do Niemiec, część została zabita lub wywieziona przez Rosjan na wschód. Prusy i Prusy Wschodnie przestały istnieć. Zostały nieszczęśliwie podzielone przez zbrodniarza i genialnego polityka Stalina, co w dalszym ciągu  źle wróży naszej przyszłości. Rakiety rosyjskie stoją 100 km od Olsztyna.

-Mimo wielu ograniczeń kultura zaczęła się rozwijać…

-Olsztyn rozwijał się, ale nie powstała tutaj żadna oryginalna literatura, podobnie było w Koszalinie, Zielonej Górze czy Opolu. Trochę lepiej było w Szczecinie, a na pewno ciekawiej i lepiej we Wrocławiu i Gdańsku. Pamiętajmy, że PRL w takich nowych regionach i miastach stawiał na tzw. twórczość rodzimą, ludową oraz utylitarną, a w naszym regionie była rzeczywiście silna tradycja polskojęzycznej literatury rodzimej, sprawnie funkcjonował m.in. mit Michała Kajki jako genialnego poety polskiej i antyniemieckiej mowy oraz warmiński mit katolicko-socjalistycznej bez mała Marii Zientary-Malewskiej. To oni stanowili to pierwsze i niewyczerpywalne źródło „patriotycznej i  socjalistycznej” literatury, do której mieli odwoływać się literaci tutaj się osiedlający i mający pełne wsparcie aparatu partyjno-administracyjnego. Dewizą takiej literatury regionalnej, narodowej, tendencyjnej była świadoma manipulacja prawdą, konserwatyzm gustów literackich oraz służba wytyczanym przez politykę kulturalną państwa doraźnym  celom utylitarnym. Nie zawsze przecież tylko tendencyjnym. W Olsztynie (czy  w Opolu, Zielonej Górze, Szczecinie) nie powstały za czasów PRL-u żadne wielkie i oryginalne dzieła literackie, które by weszły do kanonu ogólnopolskiej literatury pięknej. A z drugiej strony pomimo cenzury i ideologii w  centralnych miastach Polski powstawała wielka literatura, sztuka, muzyka, film, że wymienię tylko Różewicza, Herberta, Lema, Szymborską, Konwickiego, Mrożka, Przybosia, Iwaszkiewicza, Myśliwskiego,  Góreckiego, Pendereckiego, Lutosławskiego, Wajdę, Kawalerowicza, Zanussiego, Holland, Hasiora, Tarasina, Potworowskiego, Pągowskiej, Szapocznikow itd.  Nawet w czasach demokratycznych nie powstały ogólnopolskie dzieła o takiej wielkości i oryginalności jak wówczas za PRL. Dziwne to ale prawdziwe! W Olsztynie i w innych mniejszych ośrodkach rządziła mierna, ale wierna partyjno-administracyjno-kulturalna elita.

-Napisał pan, że gdyby nie upadek systemu komunistycznego to przegrałby pan życie? 

-Tak, przegrałbym kompletnie. Kiedy wróciłem pod koniec 1977 roku do rodzinnego Olsztyna, to przeżyłem wielki wstrząs moralny, intelektualny i emocjonalny. Dość powiedzieć, że zaskoczony zostałem panującym tutaj w środowiskach dziennikarsko-literacko-artystyczno-intelektualnych konformizmem, układami,  serwilizmem, przeciętnością i powiązaniami władzy z każdym elementem życia społeczno-kulturalno-oświatowego. Włączyłem się jednak w nurt życia młodoliterackiego, byłem po debiucie literackim, wstąpiłem do właśnie założonego na wzór podobnych w innych ośrodkach Koła Młodych ZLP, działało wydawnictwo „Pojezierze” (teraz nawet regionalnego i państwowo-samorządowego wydawnictwa literacko-kulturalnego nie ma).  Jako że byłem naiwnym i szczerym młodym człowiekiem przybyłym po dobrych studiach i w dodatku zbuntowanym poetą z ambicjami, założono mi w SB teczkę o nazwie „Filolog” i  starano nadzorować, a nawet raz skaperować, obiecując mieszkanie,  pracę (na pewno przesadzali), żebym tylko tak jak inni stąd dostosował się, donosił potulnie do SB itp. Jednym słowem: zaakceptował panujące tu reguły gry.

Odmówiłem, powołując się na to, że jako poeta z  natury jestem samobójcą i będę żył zaledwie do 25 roku. Tu i tam na krótko się zatrudniałem, aż w końcu znalazłem się w WSD „Hosianum”, gdzie pracowałem od września 1979 do sierpnia 1980 roku w bibliotece.  Potem wybuchła Solidarność (oczywiście że byłem jednym z pierwszych członków) i wytchnienie ideologiczne, ale najgorsze dla mnie i mojej rodziny, bo założyłem rodzinę, lata to 1982-1985: brak nadziei na zmianę polityczną, zamknięcie perspektywy rozwoju, brak mieszkania, kiepska praca i wegetacja. No i pisanie coraz bardziej zaangażowanych i pesymistycznych wierszy i poematów. W latach 70. uważałem się za takiego chrześcijańskiego heretyka o poglądach socjalistyczno-demokratycznych. Jezusa uważałem nie za Boga, ale za proroka dobrej nowiny, za symbol buntu o lepsze, wolne, duchowe życie. Nienawidziłem aparatu przymusu, także religijnego, kościelnego, w sumie traktowany byłem słusznie za outsaidera i  coraz bardziej wycofanego z życia przewrażliwionego i nawiedzonego poetę. Byłem blisko decyzji o emigracji do Kanady (gdzie przypadkowo dotarł w 1981 roku mój brat), ale ostatecznie żona zdecydowała, że mogę sam emigrować, ale ona z dwoma synami zostaje i w Polsce, i w Olsztynie. Tak więc i ja zostałem, a w 1985 roku wreszcie zostałem zatrudniony w ciekawej pracy, bo w olsztyńskim BWA, a po 10 latach oczekiwania otrzymaliśmy spółdzielcze mieszkanie w bloku. Szczerze powiedziawszy straciłem jakąkolwiek nadzieję na renesans Solidarności, na demokratyzację tego robaczywego systemu, którego  nienawidziłem, a w którym zdecydowałem się jednak żyć i coś z tym życiem ciekawego zrobić, czyli postanowiłem przetrwać na marginesie środowiska kulturalnego, ale na własnych prawach.

Jednak już w 1987 roku pojawiać się zaczęły światła w tym mrocznym i czerwonym tunelu.  Władza musiała zwrócić się do Kościoła i do opozycji o pomoc i wsparcie, ponieważ system gospodarczy kompletnie siadł, a poza tym do władzy w ZSRR doszedł Gorbaczow, który myślał, że jak nieco poprawi system, to uratuje komunizm. Wiadomo, czym to się skończyło. I dlatego w całości oceniam swoje życie jako szczęśliwe, bo doczekałem się (a trochę mam w tym swój udział) demokracji, wolności i zjednoczonej Europy. Cóż, w tej chwili to wszystko znów się wali na naszych zmęczonych oczach.

-Stwierdził pan, że w tamtych czasach nie potrafił być bohaterem i dlatego szukał nisz, żeby nie zostać świnią w PRL. Co to były za nisze?

-Tak sobie powiedziałem: nigdy nie być świnią. Wiedziałem, że nigdy nie zrobię w tym systemie kariery, nie upodlę się pisaniem bzdur, propagandowego śmiecia, nie wstąpię do żadnych ideologicznych organizacji (nawet na studiach nie należałem do żadnej młodzieżówki socjalistycznej) czy instytucji, w której byłbym zmuszony do kłamstwa i zaprzeczenia wartościom humanistycznym i prawom człowieka. Pamiętam, jak moja koleżanka z pracy w BWA, w 1986 roku bodajże, powiedziała do mnie, że ja nie jestem patriotą, bo dla niej patriotyzm to było członkostwo w PZPR, służenie obowiązującej linii partii i wspomaganie ZSRR w budowaniu pokoju na świecie! Teraz jest podobnie: patriotą jest ten, co popiera w pełni politykę PiS! Partia z narodem, naród z partią…

– A co znaczy “świnia w PRL-u”?

-Świnią pod koniec lat 70. oraz w latach 80. był wtedy dla mnie każdy, kto reprezentował opresyjne państwo, był funkcjonariuszem PZPR,  członkiem służb bezpieczeństwa, milicji, wojska, cwaniakiem, cynikiem, świadomym konformistą itd. A więc świnią był każdy, kto aktywnie i świadomie należał do systemu opresji, przemocy, propagandy (np. dziennikarze partyjni i im podobni).  Prawdę powiedziawszy więcej spotkałem zwykłych karierowiczów, a nie ideologów, a poza tym starałem się oceniać ludzi indywidualnie, ponieważ i w partii, i w Kościele znalazłem sporo ciekawie  i racjonalnie myślących ludzi. W sumie panowała opinia, z którą się nie mogłem pogodzić: „Pokorne ciele dwie matki ssie”. A ja nie byłem pokorny, chociaż nie zostałem bohaterem.

-A dlaczego nie został pan bohaterem?

-W Olsztynie w późnych latach 70. i 80. nie spotkałem żadnego autentycznego i pełnowartościowego bohatera politycznego, który by należał do tzw. kulturalno-artystyczno-intelektualnej elity. Czułem się tutaj bardzo osamotniony ze swoimi nieortodoksyjnymi w każdej dziedzinie poglądami.  Poza tym unikałem tłumu, zbiorowych emocji i uniesień. Silnie byłem zaprogramowany na budowanie swojego niezależnego Ja (wzorem był wtedy Gombrowicz). Aczkolwiek w dużym stopniu zostałem  bohaterem własnej oryginalnej poezji polskiej. Poezja dla mnie była i jest najważniejszym sensem życia i poniekąd celem integrującego moje sprzeczności doświadczenia metafizycznego, to  mój osobisty rodzaj religii, mimo iż jestem niewierzący.  Będąc pracownikiem biblioteki Ośrodka Badań Naukowych w Olsztynie współzakładałem Solidarność. Brałem udział w demonstracjach, także w Warszawie na pogrzebie ks. Popiełuszki,  ale nie identyfikowałem się np. z olsztyńskimi pseudo-opozycjonistami,  gdyż bardzo nisko oceniałem ich morale i  skłamane (i dotychczas obowiązujące!) postawy życiowe i  polityczne. Tacy ludzie nie mieli dla mnie żadnych moralnych wartości i nie mogłem z nimi się utożsamiać, kiedy nagle pod koniec lat 80. ujawnili swoje „prawdziwe i skrywane oblicze Konrada Wallenroda”.  Prawie wszyscy literaci i dziennikarze olsztyńscy należeli do PZPR, ZMS, ZMW,ZSMP. Nie chcę wymieniać nazwisk, o niektórych pisałem w „Historiach bliskoznacznych” oraz w „Zakładzie biograficznym Olsztyn”. Smutne i znaczące jest to, że nie powstały krytyczne książki o olsztyńskim środowisku dziennikarsko-literacko-kulturalnym, a nawet dzisiejsze środowisko prawicowe swoich zanurzonych  niegdyś w komunistycznym błocku  idolów prezentuje wybiórczo stosownie do sfałszowanej i okrojonej wersji życiorysu. Podam tylko perfidną trójcę komunistycznych małych biesów-literatów, która władała olsztyńskim światkiem: Henryka Panasa, Zbigniewa Nienackiego, Bohdana Kurowskiego. Wystarczy. O pomniejszych i jakże licznych nie wspomnę. Przecież najlepszy z nich Erwin Kruk jeszcze w 1980 roku był aktywistą PZPR! Takie to były skomplikowane i brudne czasy.

Pamiętam dobrze, jak mnie młodego literata nakłaniano do zmiany postawy: wszystko to jest lipa, ale sam nie wygrasz; zobacz, ja  mam brata oficera, sam jestem w partii, ale myślę konkretnie; pochodzę ze wsi, muszę mieć pieniądze, muszę normalnie żyć. Albo inny: głową muru nie przebijesz, mój brat jest księdzem, w tej chwili w Watykanie, słuchaj każdy z mojej rodziny znalazł swoje miejsce, ja na przykład jako socjolog w aparacie partyjnym, zajmuję się kulturą młodzieżową; trzeba iść na układ, znam ludzi, nikt nie jest komunistą; musimy jakoś przetrwać; nie warto się tak męczyć bez sensu i bez pracy i mieszkania.

Korumpowanie było na każdym poziomie i nie mówię o wielkich nazwiskach, lecz o  normalnych i wykształconych młodych ludziach na prowincji, marzących o pieniądzach, sławie, dobrym starcie, stanowisku,  którzy bardzo przemyślnie kombinowali, żeby zostać nierobami- literatami.  A ja zawsze ceniłem zgodę miedzy poglądami a życiem, między charakterem i czynem. Nawet jeśli ktoś był komunistą, ale ideowym, uczciwym i szczerym, to wzbudzał moją sympatię, mimo że nie podzielałem jego poglądów, pozostając przez wiele lat  nieortodoksyjnym chrześcijańskim socjaldemokratą, aż do momentu w latach 80. kiedy zupełnie zrezygnowałem i z ideałów ideologiczno-wyznaniowych na rzecz całkowicie laickich, jak demokracja, wolność, praworządność itp.

No i nie dałem się wrobić w brudy i kłamstwa władzy, ideologii, teologii. Pozostałem wierny swojej Po-Etyce. Zostałem sam, ale samoistny. I tak jest dalej.

-Trochę to przypomina dzisiejsze czasy. Młodzi ludzie mówią wykształcenie wykształceniem, ale i tak liczą się znajomości. Albo: wstąpię do PiS-u i zrobię karierę.

-Nie trzeba wstępować do PiS-u, można otworzyć warsztat samochodowy czy bar, skorzystać ze swobody przemieszczania się i  emigrować. Tych nisz jest o wiele więcej. Sytuacja jest nieporównywalna, ale coraz bardziej faktycznie przypomina tamto państwo ideologiczne, a więc wyznaniowo-nacjonalistyczne. Mimo wszystko demokracja jeszcze funkcjonuje, są wolne wybory, wolne partie. Nie wszystko stracone. Demokrację trzeba wybierać i praktykować codziennie, a nie od święta. Jedną rzecz PiS zrobił naprawdę straszną: wypuścił demony polskiego prymitywizmu, obskurantyzmu,  faszyzmu. A poza tym wraz z episkopatem podporządkował religię bieżącej polityce. Za to zapłacimy.

Czy wtedy można było być patriotą?

-W tamtych czasach uznanym patriotą był ten, kto służył PRL-owi, konstytucji, która podporządkowywała Polskę Związkowi Radzieckiemu. Tylko raz brałem udział w wyborach za PRL-u. Na początku 1972 roku głosowałem w akademiku w Warszawie na architekt Halinę Skibniewską. To był ten jedyny i ostatni raz. Dwukrotnie brałem jako licealista i młody człowiek w pochodach 1-majowych, zawsze pod przymusem. Odmówiłem służby wojskowej po studiach w tzw. SOR, wybierając symulację choroby w szpitalu psychiatrycznym. W tej chwili patriotą jest ten kto służy PiS-owi, wykrzywia, zmienia historię Polski i stosownie do dyrektyw partyjnych i kościelnych uważa, że ideologie skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne, antysemickie, antychrześcijańskie są wyznacznikiem jego moralności. Ja odróżniam postawę konserwatywną od skrajnie prawicowej. Osobiście nie jestem ani lewicowy ani prawicowy, ani centrowy, ani wyznaniowy. Jestem demokratą, humanistą i poetą całej Ziemi.

-A  kim jest patriota w sensie obiektywnym?

-Zależy kim jesteś jako człowiek i w jakim kraju żyjesz,  jaka jest twoja i twojego kraju sytuacja. Czy jest wojna, czy jest pokój. Czy to Europa czy Afryka. Czy XVIIII, czy XXI wiek. Czy okupacja, czy demokracja. Samemu trzeba odpowiedzieć na to pytanie. Czy jest się  obywatelem-patriotą, czy nacjonalistą-ksenofobem. Najbliższe jest mi myślenie, że ojczyzną człowieka jest drugi człowiek. Ja sam jestem Kosmopolakiem (za Bobkowskim),ale nie kosmopolitą. Przede wszystkim jestem i chcę być Człowiekiem, potem poetą, potem  Polakiem i Europejczykiem. Chodzi o to, aby w Polaku było więcej Człowieka, a mniej Polaka, bo to tworzy  przyjazny gatunek ludzki: ludzkość planetarną, zjednoczoną, współpracującą, pokojową, odczuwającą życie w aspekcie całości świata i kosmosu. Taki mały program etyczny, bo dla mnie nie światopoglądy, nie religie, nie filozofie, ale etyka pokojowego, twórczego, otwartego, uczynnego człowieka jest najważniejsza: praktyczna etyka bliźniego. No i jeszcze: dla poety ojczyzną jest jego język, a moim językiem jest język polski. To jest mój patriotyzm: w poetyckim języku polskim pokazywać człowieczeństwo. A poza tym jestem zwolennikiem drugiego Oświecenia: moralnego i duchowego, kulturowego i planetarnego: Ziemia planeta wolnych, twórczych, dobrych i współpracujących ze sobą i światem przyrody ludzi.

– Jest pan poetą i pisarzem odważnie dotykającym intymnych sfer życia.

-Kto nie ma odwagi w życiu, nie będzie miał odwagi w sztuce. Odwaga w sztuce jest najważniejsza. Nie chodzi o to, żeby każdy był ekshibicjonistą w życiu i literaturze. Nie, bo jednemu to nie pasuje, drugiemu bardziej, trzeciemu na sto procent. Odwaga to nie tylko swobodne relacje ze swojego życia, chociaż w poezji tego nie brakuje. To raczej stan serca i umysłu nastawiony na namysł o prawdzie o sobie i świecie. Radykalny czasami i nie zawsze ładny.  Przechodząc przez życiowe nauki i nawet kompromisy (nigdy wielkie), starając się zachować twarz, a nie dostać w twarz, musiałem wpierw odważnie spojrzeć na siebie samego i  szczerze nauczyć się rozmawiać z samym sobą. Nigdy w tym znaczeniu nie chciałem być nieetycznym. Dla mnie etyka w poezji i w życiu była zawsze bardzo ważna. Słowo napisane musi być słowem przeżytym. Człowiek za swoją poezję musi odpowiadać swoim własnym życiem i myślę, że tego dokonałem.

-Studiując w Warszawie, co roku na grobach Krzysztofa i Barbary Baczyńskich składał pan przysięgę wierności ideałom Powstania Warszawskiego. Czy dzisiaj przysięga straciła sens, czy te ideały się ziściły? 

-To była przysięga o romantycznych ideałach miłości, wolności, etyczności w poezji. Uwielbiałem wiersze Baczyńskiego i Gajcego, marzyłem o ,,przeżyciu pokoleniowym” (jasne, że nie tak strasznym!). Poeta jako człowiek zawsze walczy o wolność. Poeci czasów Kolumbów byli wtedy dla mnie poetami kultowymi, idolami, utożsamiałem się z nimi. Również dlatego, że ojciec i matka należeli do pokolenia Kolumbów. Ojciec był podoficerem AK, w wieku 18 lat w akcji „Burza” został ciężko okaleczony w bitwie, a matka (rocznik 1925) z rodziną wywieziona została do ZSRR. Jej brat rocznik 1923, a mój wujek, był komandosem w brygadzie spadochronowej gen. Sosabowskiego i zginął w latem 1944. Krótko mówiąc w mojej rodzinie walka o wolność i niepodległość była rzeczą naturalną.

A gdyby miał pan znów nad czyimś grobem składać przysięgę, to czego by dotyczyła?

-Zawsze żyłem w cieniu śmierci, bardzo dużo mojej twórczości jest poświęcona ludziom umarłym. Śmierć jest tym mechanizmem, który tworzy religię, sztukę i literaturę. W tej chwili nad żadnym grobem żadnej przysięgi bym nie składał. Życie należy do żywych. Nasze życie i nasze przysięgi musimy składać wobec tych którzy z nami żyją, którym musimy dać autorytet, wzór, oparcie, kreację duchową, moc. Po raz pierwszy od dobrych kilku lat śmierć nie jest moim fatum czy ,, poetyckim hobby”. To dobre i autentyczne życie jest  moją inspiracją.

-Czy miejsce pochodzenia ma wpływ na twórczość literacką pisarza? Gdzie jest piękno świata? Daleko, czy za rogiem? Jak to jest w pańskim przypadku?

-Piękno jest wszędzie tam, gdzie człowiek otwarty, mądry, pełen twórczej inspiracji znajdzie się (czy to z przypadku, czy z konieczności). Można być wielkim twórcą żyjąc w Barczewie i bardzo słabym, mieszkającym w Paryżu. Stworzyłem szkołę poetycką zwaną borussiańską polegającą m.in. na oryginalnej, bo nie lustracyjnej i poetyzacyjnej eksploracji wielokulturowego  miejsca Warmii i Mazur. Napisałem mnóstwo wierszy o okolicach, kościołach, pomnikach, burzach, ptakach, ludziach. Jestem człowiekiem do którego przemawia miejsce. To jest ta chłonność i wrażliwość, która mnie integrowała jako poetę i myśliciela. Napisałem też wiersze o Atlantyku, Pacyfiku, Łotwie, Wilnie, Lwowie, Wiedniu, Berlinie, Bretanii. A więc jeżeli mam dostęp do ludzi i miejsca poprzez znajomość literatury, poprzez wrażliwość na przyrodę, na życie, krajobraz kulturowy, to potrafię odczuć konkretne miejsce. Można to  nazwać modnie geopoetyką. Ja nazywam po swojemu światologią. Rzeczywiście chyba najwięcej napisałem o miejscu zakorzenienia, czyli o Warmii i Mazurach. To miejsce jest mi najbliższe, ale to nie znaczy, że najbardziej twórcze, bo czasami może być więzieniem. Tak to miejsce odczuwałem w latach 80. Wspominałem już, że wówczas starałem się o wyjazd z Polski na stałe. Nie chciałem mieszkać, w kraju który pogardza dobrem, pięknem, niszczy perspektywę wolności, no i twórczej młodości.

-Czy zmaga się pan z czasem? Czy wraz z upływem czasu człowiek zaczyna się spieszyć? Czy pisarz z czasem czuje w sobie swoistą powinność wypisania się?

-Od dziesięciu miesięcy jestem na emeryturze, więc można powiedzieć, że jestem w pełni czynnym pisarzem, poetą. Ale ja nigdy nie żyłem  z poezji czy literatury, ja żyłem i żyję dla poezji. Należę do raczej płodnych i uznanych poetów.  Może czas mnie goni, ale z drugiej strony mam tę świadomość, że coś niecoś zrobiłem i nie muszę się aż tak spieszyć. Pośpiech mogę kontrować wzmożoną introspekcją uczuciowo-intelektualną, żeby wejść w coś jeszcze raz głębiej, a co jest nieobjętym i zawsze zaskakującym życiem.

-Czy pisanie to męka? Czy to “porządkowanie własnych obsesji”?

-Trzy rzeczy mnie w życiu dotknęły w sposób ekstatyczny: uprawianie miłości, uprawianie poezji, uprawianie wolności.  To wystarczy, aby być człowiekiem szczęśliwym, mimo iż mój światopogląd opiera się na ideach tragizmu egzystencjalnego… To tylko pozorna sprzeczność.…

-W swoim dorobku literackim ma pan sporo tłumaczeń. W książce Jeana Greniera – “Wspomnienia o Albercie Camus”, w pana tłumaczeniu, nauczyciel przywołuje późniejszego noblistę. Czy możemy na chwilę odwrócić role i pan wspomniałby swoich mistrzów życiowych, literackich?

-Żadnego mistrza w szkole nie miałem. Najwięcej nauczyły mnie szkolne biblioteki, w których się zanurzałem, w których przepadałem. Był taki czas pod koniec liceum, że należałem jednocześnie do pięciu olsztyńskich bibliotek (od kościelnych przez pedagogiczną po wojewódzką). Poza tym byłem normalnym chłopakiem, grałem w piłkę, uprawiałem boks, żeglarstwo, kajakarstwo, narciarstwo nizinne, ale jednocześnie w  książkach odkrywałem nieznany mi świat. Dojrzewając do literatury miałem bardzo dużo autorytetów chociażby wspomnianych  poetów okupacyjnej Warszawy, ale największym odkryciem młodości na początku lat 70. był Czesław Miłosz, o którym później napisałem pracę magisterską. Jego przedwojenne „Trzy zimy” i powojenne „Ocalenie” jeszcze teraz podziwiam. Znanych mi osobiście mistrzów z krwi i kości spotkałem dopiero na uniwersytecie. Np. Jan Witan, pierwszy redaktor naczelny jedynego miesięcznika literackiego młodych “Nowy Wyraz” i mojego studenckiego rocznika wychowawca. W sposób niezwykle entuzjastyczny mówił o poezji, a szczególnie o poezji XX wieku. Wspaniały człowiek, krótko żył, bo dopadła go schizofrenia. Racjonalnego i logicznego myślenia o literaturze  uczył  mnie dr  Ryszard Handke (ale chyba nie zwalczył mojego liryzmu),a podejścia społecznego i kultu dla S. Brzozowskiego dr  Andrzej Mencwel. Stanisław Brzozowski w swojej twórczości odrzucał Polskę ciemnogrodu i Polskę zdziecinniałą. Po powrocie do Olsztyna odkryłem, że żyję w Polsce zdziecinniałej. W sensie filozoficznym, politycznym, religijnym. Tak jak jest zresztą teraz.

-I to mówi literat, który zamierzał pójść do seminarium…

-Takie plany miałem tylko przez trzy miesiące w klasie maturalnej, bo zawsze byłem człowiekiem autentycznie religijnym, wręcz mistycznym, duchowo nastawionym do świata, który nie wydawał mi się rzeczywiście do końca realny.  Długo wydawało mi się, że w mojej tradycji katolicko – chrześcijańskiej odnajdę dobro życia i prawdę ducha. Tak się nie stało. Wpierw odrzuciłem koncepcję Boga osobowego z powodów etycznych: nie potrafiłem zgodzić się na Zło i pojęcie sprawiedliwego, miłosiernego Boga. To albo kłamstwo, albo ludzka uzurpacja, tak sobie myślałem. W latach 80. całkowicie odszedłem od tradycyjnego chrześcijaństwa, że nie wspomnę odejścia od zabobonnego i obrzędowego katolicyzmu, który porzuciłem w okresie mojej burzliwej młodości studenckiej, optując za Jezusem-Synem zbuntowanym przeciwko Jahwe jako symbolowi opresyjnej władzy Ojca. Przez lata inspirował mnie ateistyczny, ale przecież religijny buddyzm.  Od lat określam siebie jako ateistę mistycznego, ponieważ zachowałem swój podziw dla tajemnicy życia, świadomości i potęgi kosmosu. Ale nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek bogiem antropomorficznym, osobowym, katolickim czy muzułmańskim, hebrajskim itp.

-Czy rozmawia pan ze Stwórcą, a jeśli nie, to gdzie szuka zbawienia, schronienia? W twórczości, naturze, innym człowieku?

-Nie ma żadnego Stwórcy w naszym wyznawczym rozumieniu. Nie ma też łatwego schronienia i wymodlonego zbawienia. Człowiek nie przeżyłby na ziemi ani jednego dnia, gdyby nie tworzył sobie religii, światopoglądów, mitów, poematów i baśni. Umysł ludzki jest przygotowany do tego, żeby tworzyć narzędzia fizyczne i duchowe do operowania w świecie symbolicznym. Inaczej cywilizacje by nie przetrwały. Spoglądam na człowieka jako gatunek i widzę, że jest on rakiem na ziemi. Tworzy absolutne zło, uprawia ludobójstwo, niszczy kultury, przyrodę, wykorzystuje wszystko tylko dla siebie i swoich partykularnych celów zdobywczych i konsumpcyjnych. I dlatego wcześniej czy później ten gatunek sczeźnie. Ta walka z naturą i wywyższenie człowieka w naszej tradycji ciągnie się od religii Tory (religia hebrajska, chrześcijańska, muzułmańska) i przeszła do filozofii kapitalizmu, komunizmu, faszyzmu: zbawienie poprzez teologicznie i ideologicznie motywowaną agresję i wykluczenie ,,niewierzących, obcych, nierasowych, niepartyjnych, innych” z ziemi obiecanej. Tu teraz albo potem po śmierci.

Dla mnie, człowieka absolutnie ateistycznego i  niewierzącego w jakiekolwiek tzw. religie objawione, gdyż wszystko jest dziełem twórczego i broniącego się przed śmiercią umysłu człowieka, wynikiem jego samodzielnej pracy i twórczości, prawdziwą i subiektywną, międzyludzką religią jest metafizyczne doświadczenie skończoności i jedyności naszego życia i jego poetyckie ocalanie poprzez Poezję, która niesie pochwałę istnienia wolnego, odważnego i solidarnego. A wiara, że to Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, to nie tylko mit, ale i okrutna uzurpacja, którą do celów całkowicie ziemskich, autorytarnych i materialnych wykorzystuje m.in. polski Kościół katolicki, który nie ma nic wspólnego z wartościami chrześcijańskimi. Chyba że tymi wartościami są: nienawiść, pycha, bogactwo i władza.

Tekst, dźwięk i zdjęcia: Sławomir Ostrowski

Kazimierz Brakoniecki (1952) – poeta, pisarz, tłumacz, redaktor, animator kultury, regionalista. Absolwent SP 12, LO III w Olsztynie, Uniwersytetu Warszawskiego (polonistyka, podyplomowe muzealnictwo). Autor licznych książek poetyckich, eseistyczno-autobiograficznych. Pomysłodawca i kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku (m.in. w BWA: ,,Wystawa dzieł artystów żydowskich 1918-1939”;  „Wystawa wileńskiego środowiska artystycznego 1918-1945”; „Atlantyda Północy. Dawne Prusy Wschodnie w fotografii”).

Współzałożyciel i jeden z liderów stowarzyszenia i Fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia” na Warmii i Mazurach. Pierwszy redaktor naczelny  periodyku „Borussia. Kultura, historia, literatura” (1991-1997) oraz współredaktor nacz. w l.2014-2017. Opracował, ułożył i przełożył kilkanaście książek francuskich autorów z Bretanii, m.in. utwory Paola Keinega, Guillevica, Greniera; ponadto autor antologii literatury francuskiej i bretońskiej w swoich przekładach.Jako poeta debiutował tomem wierszy „Zrosty” (Pojezierze 1979), za który otrzymał nagrodę za najlepszy książkowy debiut poetycki roku w Polsce  miesięcznika literackiego młodych „Nowy Wyraz”.

Opublikował między innymi zbiory wierszy: „Tożsamość”, „Idee”, „Europa minor”, Jednia”, „Misterium”, „Moralia”, „Muza domowa”„Ciałość”, „Obroty nieba”,  a ostatnio „Chiazma”, „Obrazy polskie”, „Erodotyki”, „Drzewo alfabetu”. Z książek eseistyczno-prozatorskich m.in. „Światologię”, „Ziemca”,  „Dziennik berliński”,  ”Notes kurlandzki”, „Zakład biograficzny Olsztyn”, „Cudoziemca”.Za twórczość literacką i kulturalną otrzymał liczne nagrody regionalne, ogólnopolskie i międzynarodowe, m.in. paryskiej Kultury”, poznańskiego „Czasu Kultury”, „Poezji dzisiaj”, ministra kultury, wojewody, marszałka województwa warmińsko-mazurskiego, prezydenta m. Olsztyna, Wawrzyn Literacki Warmii i Mazur, S. Piętaka, Orfeusza Mazurskiego, B. Lindego.

Tłumaczony na liczne języki obce począwszy od 1980 roku. Książkowe wybory wierszy w języku francuskim i niemieckim. Pracę zawodową w kulturze rozpoczął w październiku 1976 r. w księgarni Ossolineum w Krakowie, potem od marca 1977 w bibliotece Ossolineum we Wrocławiu. Następnie pracował m.in. w olsztyńskim BWA (od 1985), a w latach 1995-2018 był dyrektorem samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego w Olsztynie.Żona Hanna, polonistka, bibliotekarka, pisarka. Dwóch dorosłych synów: Miłosz i Szymon. Dziadek Tobiasza i Jagny.

Rozmowa jest fragmentem projektu pn. Cyfrowa mapa pisarzy Olsztyna