Roman Przedwojski: Nie byłem pewny, czy w basenie jest woda

518
Roman Przedwojski. Fot. Stanisław Brzozowski
Roman Przedwojski. Fot. Stanisław Brzozowski

Rozmowa z Romanem Przedwojskim, pierwszym wojewodą olsztyńskim po 1989 roku, obecnie – od 25 lat – prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej „Jaroty” w Olsztynie.

-W lutym 1990 roku został Pan, „pierwszym niekomunistycznym” wojewodą olsztyńskim. Jak to się stało, że nieznany szerzej doktor z kortowskiej ART stanął na czele województwa?

-Należałem do „Solidarności”. Zapisałem się dokładnie 15 października 1980, w imieniny żony. Pamiętam zebranie w Kortowie, na którym Wojciech Ciesielski (wówczas asystent na WSP – bs) przekonywał nas, że trzeba się zaangażować, a także nasz powszechny wtedy entuzjazm. Do dziś jestem zresztą szeregowym członkiem zakładowej organizacji „Solidarności” w Spółdzielni Mieszkaniowej „Jaroty”. Polityką interesowałem się, owszem. Wyniosłem to z domu, ojciec słuchał Wolnej Europy i BBC…

-Bum, bum, bum…

-„Bum, bum, bum, tu mówi Londyn. Podajemy wiadomości dobre i złe, ale zawsze prawdziwe”. Dobre, czy złe, liczą się fakty. Trzymam się tego do dziś.

-4 czerwca 1989 „drużyna Wałęsy” wygrała wybory w Polsce, tego samego dnia doszło do masakry na Placu Tiananmen w Pekinie.

-Byłem pod wielkim wrażeniem tego zwycięstwa. Przeżyłem też wstrząs patrząc na to, co się wydarzyło w Pekinie. Na pewno jakiś przełom się we mnie wtedy dokonał. Nie należałem do żadnej partii, miałem do nich wręcz awersję, zwłaszcza do PZPR. Polityka nie mobilizowała mnie do osobistego włączania się. Jakoś tam angażowałem się w kampanię. Nasza córka – miała wówczas 13 lat – rozwieszała plakaty „Solidarności”, oczywiście za zgodą rodziców. Wiedziałem może trochę więcej niż przeciętna osoba, bo jeszcze ze studiów w Toruniu znałem Ryszarda i Grażynę Langowskich (po wyborach 1989 posłankę Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego – bs). Z Langowskim (potem szefem Radia Olsztyn – bs) mieszkałem nawet przez rok w jednym pokoju w akademiku. Także w Olsztynie mieszkaliśmy w jednym budynku na Wyszyńskiego, odwiedzaliśmy się prywatnie. Ze studiów w Toruniu znałem też Erwina Kruka (senatora OKP – bs) i jego żonę. Spotykaliśmy się w tym gronie – także Zenon Złakowski (poseł OKP – bs), Wiesław Brycki, (szef regionu „Solidarności” – bs) Słuchałem, ale byłem tylko adiunktem w Kortowie, żadnych ambicji politycznych nie miałem.

-Sytuacja była niepewna, latem 1989 roku prezydentem został przecież generał Jaruzelski, poprzednia władza trzymała wojsko i milicję. Ale, kiedy premierem został Tadeusz Mazowiecki i trzeba było w Olsztynie zmienić wojewodę, padło właśnie na pana.

-To chyba Langowscy, może właśnie z Bryckim, przyjechali i powiedzieli: „namierzyliśmy ciebie”. Kompletne zaskoczenie. Nigdy przecież nie pracowałem w administracji, do żadnej partii nie należałem, doświadczenia w zarządzaniu nie miałem. Najwyżej projektami badawczymi kierowałem, nie ludźmi. Moja zgoda wynikała z całkowitej nieświadomości.

-A decyzję należało podjąć pewnie w kilka minut.

Powiedziałem skromnie, że chcę być wojewodą

Następnego dnia trzeba było jechać do Warszawy. Żona powiedziała „rób jak uważasz”. Ładnie mi poradziła, prawda! Myślę, że na poważnie uważała jednak, że powinienem się tego podjąć, bardzo mnie potem wspierała. Następnego dnia chyba Wiesław Brycki zawiózł nas do Warszawy. Mnie i Włodzimierza Sumarę, wtedy szefa „Solidarności” Rolników Indywidualnych w regionie. Przecież trzeba było powołać i nowego wojewodę, i wicewojewodę. W Urzędzie Rady Ministrów posadzono nas na kanapce, rozmawiał z nami zastępca ministra Jacka Ambroziaka. On nas pierwszy raz w życiu widział, a my jego. Pytał, co robimy, kto nas popiera. Na pewno sobie zdawał sprawę, że obaj nie mamy żadnego doświadczenia. W końcu zapytał, akurat mnie pierwszego, może dlatego, że bliżej siedziałem (śmiech) czy chcę być wojewodą, czy wicewojewodą. Powiedziałem skromnie, że chcę być wojewodą. No, to dobrze. Nie pamiętam już czy od razu, czy był jakiś czas do namysłu, pan Sumara odpowiedział na to, że w takim razie on wicewojewodą nie zgadza się być.

-Zdawał pan sobie sprawę, co bierze na głowę?

Na pewno nie od razu. Niewiele wiedziałem jaka praca mnie czeka. Z kim miałem o tym rozmawiać? Moja decyzja nie była racjonalna, ale byłem o trzydzieści lat młodszy, a młody człowiek czasem ma ochotę skoczyć do basenu nie mając pewności, czy w tym basenie jest woda.

-Dla pana basenem był gmach Urzędu Wojewódzkiego, przy alei – wówczas jeszcze – Zwycięstwa…

-…Kopernika. Urząd Wojewódzki w Olsztynie ma w adresie ulicę Kopernika. Bywałem tam wcześniej, może ze dwa razy, ale jako student. Temat mojej pracy magisterskiej dotyczył okolic Pasłęka i potrzebowałem materiałów z wydziału środowiska, z sekcji geologii. Jestem geomorfologiem z wykształcenia.

-W lutym 1990 Sergiusza Rubczewskiego, który w PRL-u był wojewodą z najdłuższym stażem, w urzędzie już nie było. Złożył dymisję wcześniej.

-Z panem Rubczewskim ani wówczas, ani nigdy w życiu nie rozmawiałem. Spotkałem go może raz, kilka lat temu. Mam po nim jednak pamiątkę. W gabinecie wojewody wśród książek, które zostały w szafach natknąłem się na białoruskie wydanie „Pana Tadeusza”. Książka nie miała ani dedykacji, ani żadnego innego znaku własności. Pomyślałem, że skoro jej wojewoda Rubczewski nie zabrał, to mu na tym nie zależało. Trzymam ją jako pamiątkę. Obowiązki wojewody po jego rezygnacji pełnił wicewojewoda Henryk Baranowski i to ja podjąłem decyzję, że pracował on jeszcze do lipca 1990. Powiedziałbym, że pracował lojalnie, choć wiedział, że zmiany są nieuniknione i też będzie musiał odejść. Dwóch innych wicewojewodów zwolniłem od razu. Jeden się na mnie obraził. Nie był wściekły, ale na pewno nie był zadowolony (śmiech), nigdy już go w życiu nie spotkałem. Drugi, nauczyciel, przyjął to ze zrozumieniem. Mieszkał w Olsztynie i nie przechodził na drugą stronę ulicy, gdy na siebie wpadaliśmy. Stanisław Szatkowski, (potem, w latach 2001-2006, wojewoda – bs) który był wtedy dyrektorem generalnym urzędu, był niezadowolony, ale zachował się kulturalnie, ze zrozumieniem sytuacji. Wiem przecież, że to nie jest miłe, gdy się kogoś zwalnia.

-Ilu swoich ludzi wprowadził pan do urzędu?

-Żadnego.

Genowefa Kmieć-Baranowska?

-To później. Okazała się bardzo pomocna i lojalna wobec mnie. I tak pozostaje do dziś.

-Wacława Bartnika na wicewojewodę sam Pan sobie dobrał?

-Może dlatego, że sugerowano mi inną osobę.

-Bożena Ulewicz, jako rzeczniczka wojewody?

-To też później, wtedy rzecznikiem był jeszcze Roman Kamiński. A dyrektorzy wydziałów? Zwykle to byli fachowcy, pilnowali swojej roboty. Ich zwalniałem stopniowo. Nawet były o to pretensje z drugiej strony, pytania dlaczego tak wolno, dlaczego ten, czy ów jeszcze pracuje itp.

-Ale sekretarkę zatrudnił pan ostatecznie swoją?

-Nie od razu. W sekretariacie siedziała elegancka kobieta, która była oficerem milicji, a może także innych służb. Każdego dnia, kiedy przychodziłem do pracy, stawała na baczność, a obcasami nie strzelała tylko dlatego, że nosiła szpilki. Na pewno informowała swoich. Kiedyś gdzieś wyjeżdżałem i już wyszedłem z biura, a okazało się, że czegoś zapomniałem i musiałem zawrócić. Minęło ledwie kilka minut. Towarzystwo siedziało już przy kawce w sekretariacie. Mało powiedzieć, że byli zaskoczeni, gdy mnie zobaczyli. To się już nigdy nie powtórzyło, ale sekretarkę zatrudniłem nową.

-Dziś można powiedzieć – komuna się skończyła, kurtyna zapadła, a następnego dnia wolność.

-Tak się mówi, ale się nie dzieje. To trwało o wiele dłużej, lata. Najlepszy przykład lustracja dotycząca pracowników i współpracowników SB. Nie dało jej się wtedy przeprowadzić. Samo nic się nie dzieje. Samo to się grzmi i błyska.

-Był pan wojewodą z nominacji Tadeusza Mazowieckiego, czy z perspektywy trzydziestu lat uważa Pan, że jego zasada „grubej kreski” była słuszna? Czy raczej trzeba było komunę wypalić żywym ogniem: z urzędów, państwowych firm, milicji, wojska, sądów?

-Nie dało by się wszystkiego. Jak można by, na przykład, zostawić kraj na pół roku bez policji. Nie chodziło o przysłowiowych stójkowych, chodziło o wierchuszkę. Ich należało wymieść. Męki jak są silne, to zazwyczaj krótkie, jak mówił pewien grecki filozof.

-Przeszło trzy lata był pan wojewodą olsztyńskim, pięciu premierów się w tym czasie zmieniło, które wydarzenia w tym czasie uważa pan za najważniejsze?

-W sensie duchowym, na pewno wizyta papieża w 1991 roku…

-A innym sensie: gospodarczym, społecznym?

-Za duże osiągnięcie uważam komunalizację. W skali wojewódzkiej to były tysiące decyzji, które pozwalały powstającym wówczas samorządom przejmować państwowe dotąd grunty czy budynki. Ustawa o samorządzie gminnym przyjęta została w Dzień Kobiet, 8 marca 1990, a nasze województwo było jednym z dwóch czy trzech w kraju, które najlepiej poradziło sobie z jej realizacją… Ale to była zasługa bardzo obrotnej pani dyrektor wydziału geodezji…

Gorzej udało się nam z PGR-ami, mieliśmy przecież jakieś 130 PGR-ów w województwie. Myśmy mieli świadomość, co się dzieje, ale nacisk był, żeby je likwidować. Na spotkaniach wojewodów, zwłaszcza ci, co byli w podobnej sytuacji jak my, z zachodniej czy północno-zachodniej Polski, zadawali pytania: „A co z ludźmi?” „Nie martwcie się o to, przygotowujemy dla nich program, minister Kuroń nad tym pracuje”, słyszeliśmy w odpowiedzi. Co, zupę im rozleje? Trzeba było dla tych ludzi przygotować o wiele więcej niż jakieś kursy przekwalifikowujące. Ale w sprawie PGR-ów decydowała doktryna, z niesmakiem to wspominam. Bez przerwy nas pytano: „Ile PGR-ów w tym miesiącu zlikwidowaliście?” Gdy był duży strajk w Kozłowie, słyszałem: „Co, nie możecie sobie z nimi poradzić?”

-Przyjemniejsze było pewnie otwieranie szlabanu na granicy i przecieranie szlaku do Kaliningradu.

-To było pierwsze przejście graniczne z prawdziwego zdarzenia na naszym odcinku granicy. Wcześniej tylko drut kolczasty, a po drugiej stronie baraczek. Gdy byłem tam pierwszy raz z delegacją województwa, panie z KGB pracowały tam jako kelnerki, a nosa poza ten baraczek wystawić nie było wolno. Mówiliśmy, zawieźcie nas do tego Kaliningradu, na nic prośby. W Kaliningradzie byłem w 1991 roku, akurat w czasie puczu Janajewa… nic mi się nie stało (śmiech).

-Czy nie uważa pan, że za mało korzystamy dziś z naszego sąsiedztwa z obwodem?

-Już wtedy, te kontakty w dużej mierze były udawane. Obwód jest dla Rosji „niezatapialnym lotniskowcem” i to im, moim zdaniem, wystarcza. Po co im dobre stosunki z jakimś województwem olsztyńskim? Zresztą decyzje o tym, co się dzieje na granicy, nawet nie w Kaliningradzie zapadają, ale w Moskwie.

-Z urzędu wojewody odszedł pan latem 1993 pod koniec rządów Hanny Suchockiej.

Dla zajętych kampanią wyborczą polityków z Warszawy, stałem się człowiekiem, który fika, robi problemy…

-Byłem wtedy w Szwecji na wakacjach. Dostałem telefon, że coś się złego dzieje. Za moją sprawą. Winny jest zawsze ten, kto podejmuje decyzje. Chodziło o szpitale, służba zdrowia zdychała. W czerwcu skończyły się pieniądze, a wtedy 83-85 procent wydatków pochłaniały wynagrodzenia pracowników. Dyrektor wydziału zdrowia zasugerował mi zamykanie szpitali i przenoszenie pacjentów z tych likwidowanych do innych. Drastycznie? Balcerowicz robił więcej, ale on mógł sobie na to pozwolić, ja nie. Profesor Religa, jako minister zdrowia też potem planował ograniczenie liczby szpitali. Ale on miał autorytet, a ja byłem tylko wojewodą z jakiegoś Olsztyna, którym nie specjalnie chciano zawracać sobie głowę. Niestety, nie wykazałem się czujnością. Alarmowaliśmy więc Ministerstwo Zdrowia, trwała wymiana korespondencji, osobiście jeździłem do Warszawy, rozmawiałem z ówczesnym wiceministrem Markiem Balickim. Tu zadziałał mój brak doświadczenia. Nie brałem do głowy, że we wrześniu 1993 są przyśpieszone wybory i politycy w Warszawie myślą już tylko o nich. Ja nigdzie nie kandydowałem, rozumowałem odpowiedzialnie, jak głowa rodziny, że nie ma pieniędzy i coś trzeba robić. A powinienem myśleć jak głowa województwa. Dla zajętych kampanią wyborczą polityków z Warszawy stałem się człowiekiem, który fika, robi problemy… Akurat kiedy byłem w Szwecji, zostałem bohaterem głównego wydania Wiadomości TVP. Wydźwięk materiału był mniej więcej taki, że wojewoda olsztyński wpadł na karkołomny pomysł zamykania szpitali. Mniejsza o to, że żadnej decyzji w tej sprawie jeszcze nie podjąłem, dopiero zapowiadałem, że „będziemy nad tym pracować”.

-Telefonicznie pana odwołali?

-Nie dopiero, gdy wróciłem. Byłem w Warszawie na jakimiś przyjęciu w rosyjskiej ambasadzie, już nie pamiętam z jakiej okazji, w przyjęciu uczestniczyło wielu wojewodów, ministrów. I właśnie tam, ktoś mi powiedział, że jestem proszony do Jana Marii Rokity, ówczesnego szefa URM, którego na tym przyjęciu w ambasadzie nie było. Nie skończywszy kanapki, poszedłem tam i usłyszałem, że jestem zwolniony. Gdyby nie to, może byłbym wojewodą trzy tygodnie dłużej. Wybory, jak pamiętamy, wygrało SLD, władza i tak się zmieniła. Wiele nie straciłem. A służba zdrowia i szpitale w województwie oczywiście przez te pół roku nie upadły. Pewien olsztyński ekonomista powiedział kiedyś, że tym, czego państwu nigdy nie zabraknie, są pieniądze. Całkiem świeżutkie.

-Dziś pan żartuje, ale wówczas chyba nie było z czego się śmiać.

-Jak się z urzędu zwalnia sprzątaczkę, to trzeba zachować kodeks pracy. Mianowanego wojewodę odwołuje się z dnia na dzień. Mogłem niby wrócić do Kortowa, bo byłem (w sumie przez 20 lat) na bezpłatnym urlopie uczelni, ale nie chciałem tam wracać. Żadnych oszczędności nie miałem. Trudno było. Ale nie zarejestrowałem się jako bezrobotny. Uważałem, że to nie honor. Dziewięć miesięcy byłem bez pracy.

-Tę lukę w stażu pracy odrobił pan z nawiązką. Jak z perspektywy minionych 30 lat, patrzy pan na Olsztyn i w ogóle politykę? Zarówno na lokalnym, jak krajowym poziomie?

-Lokalną politykę pominę, jest zbyt miałka. Na poziomie krajowym jestem zwolennikiem Jarosława Kaczyńskiego. I uważam, że ci, co mają podobne poglądy, powinni się dziś modlić o jego zdrowie. Obawiam, że bez niego z dobrej zmiany nic by nie zostało.

Rozmawiał: Stanisław Brzozowski