Sporo czasu temu, goszcząc w Niemczech, zazdrościłem tamtejszym organizatorom życia muzycznego ich sposobu na lato. Gdyż tam bez względu na wielkość miejscowości, świetność kościołów, całe lato trwały koncerty muzyki organowej i kameralnej. I to nie dlatego, że jakiś instrument był historycznie wyjątkowy, zachwycający niepowtarzalnym brzmieniem czy swą sławą wart prezentacji, że wykonawcy genialni, egzotyczni, gotowi zachwycić bogactwem repertuaru. Byle były organy.

Z czasem pozorna stabilizacja ustąpiła miejsca chaosowi. Nieopłacalne budynki świątyń poszły pod młotek, organy (zwłaszcza pomniejsze) także, festiwale skarlały, ale tu i ówdzie trwają.

IMG 0103 Wakacyjne muzykowanie. Organy zagrały latem
Organy w kościele w Bartołdach Wielkich. Fot. Newsbar.pl

W naszym regionie sytuacja stosunku do muzyki stopniowa się zmienia. Wprawdzie miejsca tradycyjnie oddawane muzyce we władanie na okres lata wiernie trwają przy dawnym wyborze.

Przykładem Frombork, gdzie Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej odbywał się w tamtejszej archikatedrze pięćdziesiąty drugi raz. Jest to, po oliwskim, najstarszy festiwal organowy w Polsce. W Pasymiu pożegnaliśmy 22 Koncerty Muzyki Organowej i Kameralnej (dodatkowym miejscem ich przeżywania stały się od niedawna także Dźwierzuty). Pasłęcki Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej, chełpiący się niedawno odrestaurowanymi zabytkowymi organami Andreasa Hildebrandta, przyciągnął melomanów po raz siódmy.  Koncerty Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej w Giżycku (w tamtejszym kościele ewangelicko-augsburskim) wybrzmiały 42 raz. W olsztyńskiej bazylice konkatedralnej organizowano 41 Olsztyńskie Koncerty Organowe.
Świętolipskie Wieczory Muzyczne są o dziesięć lat młodsze od olsztyńskich.
Ełckie Koncerty Muzyki Organowej i Kameralnej wybrzmiały 11 raz. Najmłodsze, piąte Reszelskie Koncerty Muzyki Organowej i Kameralnej dobrze zapisały się w pamięci melomanów doceniających brzmienie instrumentu kościoła świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Do grona miejsc tworzących letnią organową tradycję koncertową dołączyła Krynica Morska. I tam odbyły się piąte Letnie Koncerty Organowe i Kameralne. Ponieważ Krynica Morska leży na Mierzi Wiślanej, której część terytorium była od wieków przypisana Warmii, możemy ją traktować jak część własną regionu. Tym bardziej, że zasięg brzmienia organów na tym północnym terytorium poszerzył się o kościół w przygranicznych Piaskach, gdzie krynickie koncerty zorganizowane zostały po raz drugi.

Kilka słów o Krynicy Morskiej. Kierownikiem artystycznym Letnich Koncertów jest Henryk Gwardak, który je zainicjował. Artysta znany jest m.in. olsztyńskiej publiczności choćby z występów na Festiwalu we Fromborku. W swym dorobku ma ponad 400 koncertów w 20 krajach Europy, Ameryce Łacińskiej, Japonii, nagrania płytowe, radiowe, telewizyjne, filmowe. Wieloletni kantor i organizator życia muzycznego na Wyspach Alandzkich (gdzie nadal dyrektoruje Międzynarodowym Festiwalem Organowym).

Dobrze, ale przecież kościółek krynickich franciszkanów jest maleńki, z niewielkim chórem pozbawionym prawdziwych organów. Organiści koncertujący w Krynicy Morskiej grają na niedawno kupionych organach elektronicznych marki Viscount Unico CLV6, dających grającym możliwość użycia wielu kombinacji brzmieniowych i technicznych, a jakość dźwięku zapewnia zaawansowana technologia Physis Modeling. Dzięki tej ostatniej organy nie muszą grać tylko latem, brzmią znakomicie bez względu ma warunki otoczenia i nie ulegają rozstrojeniu.

Ciekawostką – dla nas, olsztynian – tegorocznych koncertów w Krynicy Morskiej był występ m.in. Magdaleny Tokajuk, władającej sopranem koloraturowym, a pochodzącej z Olsztyna oraz Agnieszki Tarnawskiej grającej na klawesynie (i organach), prywatnie – żony Jarosława Tarnawskiego, dyrektora artystycznego Olsztyńskich Koncertów Organowych.

A skoro wspominam Krynicę Morską, to przecież o krok ku zachodowi leży Stegna. Tam koncertowano na organach firmy Schlag und Sohne (rocznik 1913) w przecudnej świątyni konstrukcji ryglowej, bogatym wyposażeniu wnętrza, ciekawej historii, po raz trzydziesty ósmy. Koncerty prowadził Jan Brzozecki, z którym – w nieodległej przeszłości – prowadziliśmy transmisje radiowe z Festiwalu we Fromborku.

IMG 7008 Wakacyjne muzykowanie. Organy zagrały latem
Katedra we Fromborku. Fot. Newsbar.pl

Od niedawna do sieci miejsc, z których latem rozbrzmiewa muzyka organowa, dołączyła pobliska Stegnie Niedźwiedzica. Kościółek z sylwety gotycki, jednak nie przykuwający uwagi. Wnętrze to wrażenie rekompensuje. Organy z rokokizującymi dekoracjami prospektu, są autorstwa Pawła Froelicha z Fromborka (rok 1753, późniejsza przebudowa Eduard Wittek z Elbląga), jeszcze kilka lat temu nie mogły się doprosić koniecznej renowacji. Dziś można podziwiać ich brzmienie. Również np. fresk za plecami ołtarza głównego, jakby wstydliwie nim zasłonięty.

Niedźwiedzica przymnaża sławy festiwalom organowym, to przy tym ubytek Morąga z jego instrumentem u św. Piotra i Pawła autorstwa Matthiasa Obucha (z roku 1705), wciąż razi. Z niewiadomych powodów (finanse?) nie organizuje się tam letnich koncertów. W czasach świetności tej parafii, kiedy kwitły tam święta muzyczne, zapamiętałem np. wizytę organisty-wirtuoza z Nowej Zelandii. Ku zaskoczeniu publiczności, w wykonywanym przez niego repertuarze znalazły się utwory organowe Feliksa Nowowiejskiego. Dla równowagi – w repertuarze Romana Peruckiego, który grał m.in. także w Morągu – były kompozycje Jana Fischera, twórcy muzyki organowej rodem z Morąga. Nb. za sprawą Romana Peruckiego w instrumencie Mateusza Obucha zrealizowana została planowana zresztą dobudowa kolejnych 8 głosów do nieczynnej sekcji Rückpositivu.

Przypomnę, że jeszcze nie tak dawno Festiwal fromborski obejmował swym oddziaływaniem także Stegnę. Oznaczało to, że wirtuozi koncertujący w Katedrze występowali także w kościółku stegneńskim.

Nie sposób odnieść się do choćby skrótowego opisu instrumentów poszczególnych miejsc, do wykonań poszczególnych solistów, repertuaru zaprezentowanego w koncertowych miejscach, do opinii publiczności. Zamiast – kilka ciekawostek.

Wymienione festiwale i koncerty skupiły światowej sławy solistów – organistów oraz – towarzyszących im wirtuozów innych instrumentów, z różnych stron świata: Włoch, Rosji, Irlandii, Stanów Zjednoczonych, Brukseli, Niemiec, Słowacji, Watykanu, Czech, Szwajcarii, Austrii, Korei Południowej, Holandii.

Instrumenty, które zabrzmiały jakby w cieniu głównego bohatera spotkań z muzyką – organów, to oprócz głosu ludzkiego (także w chóralnych popisach), skrzypiec, wiolonczeli, klawesynu, to przede wszystkim instrumenty dęte, trąbka, różne odmiany oboju, flet, róg alpejski, fletnia Pana, saksofon, puzon, gitara barokowa, lutnia, teorba.

Podczas jednego z koncertów (Krynica Morska) Dariusz Hajdukiewicz (Białystok) grał część repertuaru na własnym instrumencie – Truhenorgel – czyli na mechanicznych organach skrzyniowych. Zostały one wykonane, na zamówienie specjalne, przez Johannesa Kirchera z Heidelbergu.

Natomiast wieloaspektową niespodzianką sezonu było wykonanie dzieł odległych epok, których nuty ukryte drzemały do niedawna w zasobach olsztyńskiej biblioteki seminaryjnej. O ich istnieniu (intuicja nam podpowiada, że to nie wszystko) przebąkiwało się od kilku dobrych lat. Są to utwory anonimowych twórców, z reguły poświęcone oprawie muzycznej stałych części liturgii mszy i nabożeństw katolickich.

Dla potrzeb prezentacji tego odkrycia powstał zespół wokalno-instrumentalny „Cappella Warmiensis Restituta”. Chór stanowią po dwa głosy z sopranów, altów, tenorów i basów. Zespół instrumentalny tworzy analogicznie dwoje skrzypiec, dwie trąbki i basso continuo (pozytyw, wiolonczela, kontrabas). Skład zespołu – typowy dla okresu, z którego pochodzą zapomniane kompozycje, dla przełomu baroku i klasycyzmu. Dodajmy, że muzycy tworzący zespół wokalno-instrumentalny „Cappella Warmiensis Restituta”  są specjalistami wykonawstwa muzyki dawnej, na co dzień mieszkającymi w Toruniu, Trójmieście, Słupsku, Wejherowie, Poznaniu, Kielcach i Warszawie. Oto jego skład: Mikołaj Zgółka – skrzypce, koncertmistrz, Kamila Guz – skrzypce, Bartosz Kokosza – wiolonczela, Krzysztof Sokołowski – kontrabas, Paweł Hulisz – trąbka, Emil Miszk – trąbka, Błażej Musiałczyk – pozytyw, Małgorzata Priebe – sopran, Maria Krueger – sopran, Anna Rocławska-Musiałczyk – alt, Marta Jundziłł – alt, Mateusz Warkusz – tenor, Szymon Duraj – tenor, Tomasz Chyła – bas, Filip Czajkowski – bas. Duże brawa!

A tak na marginesie – w nazwie opisanego zespołu występuje łacińska forma  nazwy własnej Warmii. Zgodnie choćby tylko z tradycją (uzus) także w języku łacińskim tę nazwę pisze się z wielkiej litery W, a nie – jak od niedawna używa się w nazwach zespołów czy nazwach festiwali. z wielkiej litery V. Czyli Warmiensis, a nie Varmiensis! Niby nic, drobna skaza na urodzie, ale razi ( dodam, że oświecała mnie rozwiewając wątpliwości s. Ambrozja, specjalistka m.in. „od łaciny”, z co Jej dziękuję).

IMG 5460 Wakacyjne muzykowanie. Organy zagrały latem
Katedra w Olsztynie. Requiem d-moll Wolfganga Amadeusza Mozarta. Fot. Newsbar.pl

W sobotę 31 sierpnia, w przeddzień rocznicy wybuchu II wojny światowej, w olsztyńskiej bazylice katedralnej miało miejsce wykonanie Requiem d-moll (KV 626), Wolfganga Amadeusza Mozarta. Wykonawcami koncertu byli soliści: Anna Mikołajczyk-Niewiedział – sopran, Małgorzata Pańko-Edery – mezzosopran, Zbigniew Malak – tenor, Wojciech Gierlach – bas, ponadto – chórzyści Olsztyńskiego Chóru Kameralnego Collegium Musicum, uczestnicy Międzynarodowych Warsztatów Chóralnych, chórzyści z Polski, Rosji, Izraela, Niemiec i Polskie. Grała Orkiestra Olsztyńskiego Towarzystwa Muzycznego Sinfonia Varmiensis po dyrekcją Janusza Wilińskiego.

Kilka dni wcześniej radiowa Dwójka transmitowała koncert finałowy 10. Międzynarodowego Festiwalu Mozartowskiego Mozartiana, dano również Requiem d-moll (KV 626), Wolfganga Amadeusza Mozarta. Wykonawcami byli: Talia Or – sopran, Ewa Marciniec – alt, Thomas Elwin – tenor, Darren Jeffery – bas, Schola Gregoriana Cardinalis Stephani Wyszyński, Michał Sławecki – magister chori, Polski Chór Kameralny z Gdańska, Akademie für Alte Musik Berlin, całość prowadził Jan Łukaszewski.

Wspominam o tym nie bez powodu. To oczywiste, że akcenty w obu wykonaniach położone były w innych miejscach, pomijam gdańskie wzbogacenie Mozartowskiej mszy w części chorałowe, tzw. stałe w rozumieniu liturgii przedpoborowej. Łukaszewskiemu udało się zachować równowagę dynamiki chórów, solistów, orkiestry w całym przebiegu Requiem. Olsztyńskie chóry, lub orkiestra przykrywały niekiedy solistów, zmuszając ich do niepotrzebnego „wysiłku przebicia”. Zwłaszcza chóry. Opanowanie tak wielkiego aparatu wykonawczego, to nie lada trud. Tym bardziej, że niemal słyszalna była satysfakcja chórzystów poddających się euforii wykonania słynnego dzieła.

Nadmiar mało wartościowej rozrywki musi z czasem wywołać uczucie przepełnienia

Na koniec spostrzeżenie optymistyczne. O ile kilka lat temu zdarzały się koncerty przy minimalnie wypełnionych wnętrzach, to ostatnio, zwłaszcza w bieżącym roku, frekwencja osiągała niekiedy „wyraźne przeludnienie”. Może sięgam zbyt daleko, myślę jednak, że nadmiar mało wartościowej rozrywki musi z czasem wywołać uczucie przepełnienia. Czy to właśnie obserwujemy? Czy to tendencja trwała, czy tylko jakiś kaprys upalnego lata?

Można mieć nadzieję, że – dla równowagi – nastanie wreszcie moda na uczestniczenie w przeżywaniu muzyki poważnej.

Krzysztof Panasik