10 C
Olsztyn
25 września 2020

Donald Tusk: Prowincjonalizm, jeśli zatriumfuje w polskiej polityce, będzie dla nas zabójczy
D

Dziś mamy do czynienia z rozpadem świata politycznego, jaki znaliśmy przez ostatnie dziesięciolecia. Wręcz z geopolitycznym przesunięciem tektonicznym. Unia Europejska nabywa zupełnie nowe dla siebie doświadczenie: przez dziesięciolecia o jej granicach i terytorium mówiono w kontekście rozszerzania, dziś po raz pierwszy UE zmniejsza się, a nie poszerza. Najbardziej dobitną ilustracją tego trzęsienia ziemi jest brexit. Najważniejsi globalni politycy spekulują, kto będzie następny i czy UE przetrwa najbliższe dziesięciolecia. Czy brexit jest incydentem, czy początkiem pewnego trendu.

Decyzja o odmowie rozpoczęcia rozmów o rozszerzeniu z Macedonią Północną i Albanią, która zapadła przy twardej postawie niektórych państw członkowskich – Francji, Holandii, Danii – na ostatnim szczycie, który miałem przyjemność jeszcze prowadzić, była kolejnym sygnałem, że coś się załamuje. Nie tylko w pozytywnym impecie związanym z wielkością UE, ale z samą istotą Unii, z atrakcyjnością tego, co ze sobą niesie. Kolejka tych, którzy czekają na rozmowy, jest wciąż długa, więc musimy zadać pytanie, czy uda się ten ewidentny błąd polityczny naprawić.

Nie wierzę i wszystkim też radzę, aby nie wierzyli w to, że w polityce zdarzają się rzeczy kompletnie nieodwracalne. W polityce rzeczy stają się nieodwracalne wtedy, kiedy ludzie zaczynają tak myśleć – czy to dotyczy wyborów w Polsce, czy przyszłości Unii. Jeśli zatem dzisiaj jesteście świadkami czegoś, co was irytuje, dręczy, wpędza w depresję, to broń Boże nie uznajcie, że nic już od was nie zależy. Bo szczególnie w momencie, kiedy szale przechylają się raz w jedną, raz w drugą stronę, ciągle wszystko od was zależy. Wszystko.

Czy ten wstrząs geopolityczny jest tylko kryzysem Unii? Oczywiście nie. Jeszcze większy niepokój budzi kryzys relacji transatlantyckich. Pamiętam moje ostatnie spotkanie z Donaldem Trumpem na szczycie G7 we francuskim Biarritz późnym latem ubiegłego roku, kiedy rozmawiając o wyzwaniu, jakie niesie potęga Chin, prezydent, patrząc na nas – na europejską część stołu – powiedział:

„Chiny są dla nas największym wyzwaniem, ale tak naprawdę UE jest czymś o wiele gorszym niż Chiny”. Trump mówił to z przekonaniem, patrząc nam prosto w oczy.

Można by wzruszyć ramionami, biorąc pod uwagę jego powszechnie znaną ekstrawagancję, ale nie ma się co pocieszać. To nie był eksces, tylko ilustracja bardzo konsekwentnego podejścia administracji Trumpa do Europy. To oznacza, że pod wielkim znakiem zapytania stoi przyszłość całej politycznej wspólnoty Zachodu.

Trump ma rację, wskazując na Chiny jako największe wyzwanie polityczne i cywilizacyjne. Tylko że jeśli spojrzymy na nie właśnie jak na wyzwanie – nie jak na wroga czy przeciwnika, ale jak na obiektywne wyzwanie – to wszystkie miary: gospodarcze, demograficzne, także potencjału militarnego, każą nam myśleć o nas w kategoriach politycznej wspólnoty całego Zachodu. Żaden kraj europejski nie jest już państwem dużym – tylko niektóre kraje jeszcze o tym nie wiedzą.

A zatem największą stawką z punktu widzenia Polaków i Europejczyków jest utrzymanie Unii jako całości i utrzymanie trwałych i dobrych relacji między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Jeśli damy się w jakikolwiek sposób podzielić, nie będziemy w stanie konkurować z Rosją w sensie militarnym, a z Chinami – w każdym pozostałym.

Ci, którzy jeszcze czytają książki i nie przenieśli się ostatecznie do przestrzeni wirtualnej, mają na pewno na półkach niejedną pozycję, która wieściła koniec Zachodu. Moim zdaniem nie ma takiej obiektywnej determinanty, która kazałaby nam myśleć, że to prawda. Ale jeśli nie znajdzie się polityczna przeciwwaga dla tych wszystkich, którzy na przykład organizują brexit albo kwestionują istotę współpracy świata zachodniego, to te przepowiednie mogą się ziścić.

Miałem okazję rozmawiać w ostatnich dniach z przywódcami państw, które nas na co dzień nie interesują, na przykład Cypru i Grecji, o sprawie konfliktu na Morzu Śródziemnym. Powinniśmy w Polsce cały czas pamiętać, że wokół nas dzieje się dużo rzeczy, o których nie mamy pojęcia, i każda z nich może dotknąć także naszego codziennego życia. To oznacza, że musimy szerzej niż kiedykolwiek wcześniej otworzyć się na to, co dzieje się na świecie.

Prowincjonalizm, jeśli zatriumfuje w polskiej polityce, będzie dla nas zabójczy. Nie tylko intelektualnie, ale także politycznie. Bo w dzisiejszym świecie, czy się chce być w Unii, czy chce się wystąpić z Unii, tak czy inaczej jest się zależnym od tysięcy skrzyżowań różnych interesów, emocji, zdarzeń w wymiarze globalnym.

Nie sądzę, aby w przewidywalnej przyszłości ktoś odważył się publicznie zadeklarować wyprowadzenie Polski z Unii. Jednak obawiam się czegoś w istocie poważniejszego: że będziemy zachowywali się jak dzieci, które nie czują się odpowiedzialne za całą rodzinę i dołączają do pochodu lunatyków. W europejskiej historii takie lunatykowanie nieraz miało miejsce i kończyło się katastrofą.

Z Unią jest trochę tak jak z demokracją, wolnością, uprawianiem ogrodu czy porządkiem w mieszkaniu – jak raz się coś zrobi, to nie znaczy, że już można to zostawić. To, czy Unia przetrwa, zależy w mniejszym stopniu od działań tych najbardziej agresywnie antyunijnych sił politycznych, w dużo większym stopniu od postawy tych, którzy chcą być w silnej Unii, ale nic nie robią albo milczą, udając, że nie widzą zagrożeń.

Najgorszą odpowiedzią na dzisiejsze wyzwania jest kibicowanie trendom odśrodkowym, które niektórzy nazywają „nowym koncertem mocarstw”. To oznacza odejście od ładu międzynarodowego, w którym regulacje, przepisy, zasady obowiązują nie tylko małych, ale też dużych. Nie jestem w stanie zrozumieć, że na polskiej scenie pojawiają się politycy, którzy tak myślą. Przecież każdy z nas ma jakąś elementarną wiedzę historyczną i powinien wiedzieć, że kiedy powstaje atmosfera sprzyjająca temu, by o decyzjach politycznych rozstrzygała wyłącznie siła, a nie zasady, które najsilniejszych ograniczają, to największą cenę płacą takie narody jak Polacy.

Nigdy nie zmienimy naszego położenia. Będziemy zawsze dokładnie w tym miejscu, które jest szansą i które raz na jakiś czas staje się też zagrożeniem. Sytuacją unikatową jest jednak istnienie Unii, która to położenie między Rosją a Niemcami zamieniła w pozycję między Rosją a Unią. Po raz pierwszy w historii nasz zachodni sąsiad, Niemcy, postanowił – i przestrzega tego wyjątkowo konsekwentnie – że będzie ograniczać swoją siłę poprzez przyjęcie wspólnie ustalonych reguł. To jest pytanie o cały XXI wiek: czy jesteśmy gotowi nadal wyznawać tę wyjątkową, obecną tylko w Europie, ideę ustroju politycznego i ładu międzynarodowego, w którym naturę zastępuje kultura.

Polityka, w której dominuje natura, każe silnym wykorzystywać swoją siłę przeciwko tym, którzy są słabsi. To najbardziej naturalna definicja polityki: jak wykorzystać swoje atuty i przewagi przeciwko temu, kto jest ode mnie słabszy. Polityczny fenomen Unii i liberalnej demokracji polega na tym, że ktoś kiedyś umówił się, że przyjmiemy pewne ograniczenia, które nakazują, by pierwszym zadaniem silniejszego była pomoc słabszemu, a nie wykorzystanie własnej siły przeciwko niemu.

I w Polsce, i w Europie pojawiają się dziś siły, które chcą, żeby polityka znowu stała się swobodną grą sił, czyli tym, czym była choćby w latach 30. ubiegłego wieku. Te siły w różnych językach formułują różne hasła – to może być „America first”, to może być „Take back control” w wypadku brexitu, to może być nasze „wstawanie z kolan”. Nie ma już miejsca w świecie Zachodu, gdzie nie pojawiłaby się jakaś siła polityczna z takim właśnie pomysłem: teraz jest nasz czas, teraz będziemy się organizowali nie na rzecz szerszej wspólnoty, tylko przeciwko komuś. Tyle że Polacy nie są tym narodem, który na tym skorzysta.

To, co jest nowe i stanowi coraz większe wyzwanie, to technologia. To także ma związek z Chinami, które po raz pierwszy udowodniły, że mogą być przygniatającą potęgą nie tylko w sensie demograficznym, ale także gospodarczym i technologicznym. To największe zaskoczenie naszych czasów. Dlatego dyskusja o 5G, o sztucznej inteligencji nabiera kluczowego znaczenia.

Także i tutaj nie ma powodu, by załamywać ręce i twierdzić, że świat Zachodu definitywnie przegrał tę konfrontację. Rzeczywiście, Chiny przodują w niektórych dziedzinach związanych ze sztuczną inteligencją i tzw. big data, ale mało kto wie, że w tym, co określamy mianem 5G, blisko 50 proc. wszystkich patentów na świecie to patenty europejskie. Tylko 30 proc. to patenty chińskie, a 14 proc. – amerykańskie.

W sporze dotyczącym obecności Huawei w Stanach czy w Europie tak naprawdę nie mówimy o biznesie, o tym, kto więcej zarobi – mówimy o tym, kto będzie kontrolował coś, co dopiero powstaje, czyli sztuczną inteligencję w masowym użyciu. Ona może pomagać, ale może też kontrolować prawie każdą przestrzeń, w której człowiek jest aktywny.

Już dzisiaj polityka, gospodarka i zarządzanie – co najryzykowniejsze, także zarządzanie naszymi emocjami i wyobraźnią – przenosi się do świata, w którym większe znaczenie niż człowiek będzie odgrywała tzw. inteligentna antena gromadząca dane i sterująca naszym codziennym życiem. Już dzisiaj w dużej mierze stajemy się pokoleniem Netfliksa, internetu, gier, seriali. Pięknie mówiła o tym Olga Tokarczuk, kiedy odbierała Nobla. I wszyscy chyba odczuwamy obawę, że ta nowa narracja, która będzie powstawała w tej przestrzeni poza wszelką kontrolą, to nie będzie narracja czułego narratora, tylko narracja bezlitosnego manipulatora.

Z historii wiemy, że nie trzeba być szczególnie mądrym, żeby sprawnie manipulować, kłamać, grać na emocjach. Przekręt „na wnuczka” nie jest metodą, która wymaga geniuszu, żeby ją uprawiać. Mimo to działa. Dziś na naszych oczach powstają narzędzia do manipulowania wyobraźnią i emocjami w sposób, którego jeszcze nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Są dwa modele – chiński, w którym sztuczna inteligencja i coraz szybszy proces przetwarzania danych dają możliwość pełnej kontroli nie tylko nad tym, co obywatele właśnie robią. Państwo reprezentujące model chiński dzięki technologiom cyfrowym jest w stanie obywatela coraz intensywniej programować, planować za niego, skłaniać go do różnych czynności czy zachowań.

Na Zachodzie mamy inny model, ale on wcale nie jest dużo bezpieczniejszy. Nasza struktura jest rozproszona, nie jest poddana autokratycznej władzy jednego państwa, ale także może nami sterować, kierując się względami biznesowymi. Zresztą i brexit, i ostatnie wybory w USA pokazały, że prywatne molochy ze względów biznesowych – ale czasami też ideowych – są w stanie dostarczać narzędzi politykom, i to na skalę niewyobrażalną do tej pory. Dzisiaj nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że z punktu widzenia przyszłości ludzkości nasz bardziej rozproszony model biznesowy jest bezpieczniejszy od chińskiego.

Jedno wydaje się pewne: człowiek, który nie będzie rozumiał tego, co się dzieje wokół niego, będzie emocjonalnie i intelektualnie bezradny. Straci to, co przynajmniej niektórzy z nas tak sobie cenią, czyli swobody i rządy prawa, jeśli nie uczynimy ich tak samo nowoczesnymi, adekwatnymi do tego, co dzieje się w dziedzinie technologii.

Potrzebujemy rządów prawa i wolności obywatelskich już nawet nie 2.0, tylko 2.1. Rządów prawa i swobód pochodzących nie z książek XVIII- i XIX-wiecznych filozofów, ale takich, które są w stanie odpowiedzieć na wyzwania niedające się przewidzieć sto czy dwieście lat temu.

Na ostatniej konferencji w sprawie bezpieczeństwa, która miała miejsce tradycyjnie w Monachium, słuchałem wykładu Thierry’ego Bretona [informatyk, menedżer, komisarz ds. rynku wewnętrznego]. Dość optymistycznie stwierdzał, że Europa nie stoi na straconej pozycji, że jest miejscem, być może jedynym, gdzie można będzie zmusić algorytmy do przestrzegania prawa i swobód obywatelskich. Że te sprytne anteny gromadzące dane i emitujące decyzje będziemy umieli zmusić i wyregulować tak, by nie zostały użyte przeciw człowiekowi. I gdy tak tłumaczył i tłumaczył, ja sobie pomyślałem, że to też wymaga wiedzy. Musimy wiedzieć, o czym rozmawiamy.

I wtedy kolega przeesemesował mi ilustrację, jak dokładnie w tym samym czasie wygląda debata i istota polityki w Polsce. Tu najwięksi na świecie dyskutują o algorytmach, o nowych jeziorach danych, o epoce pochmurowej, czyli postcloud, właściwie trudno mi jest zrozumieć niektóre słowa, pierwszy raz niektóre terminy słyszę, a notka z Warszawy brzmi: „Człowiek roku Gazety Polskiej z 2007 r. aresztował człowieka roku Gazety Polskiej z 2009 r. na zlecenie człowieka roku Gazety Polskiej z 2015 i 2019 r., a premierem, który to kontroluje, jest człowiek roku Gazety Polskiej z 2016, 17 i 18”. Kolega dopowiada, że ten, który aresztował, został ułaskawiony wcześniej przez człowieka roku Klubów „Gazety Polskiej” z roku 2015.

W tych samych dniach wiceminister sprawiedliwości pozwolił sobie na publiczną uwagę, że pobicie pani sędzi w czasie rozprawy przez podsądnego uzbrojonego w nóż to nie problem, bo nóż był mały, lekarza nie trzeba było wołać, a pobicie nie było mocne. I jeszcze scena, jak zamaskowani funkcjonariusze CBA chcą wejść do jednej z nieruchomości szefa NIK, nie mogą otworzyć bramy, walczą z tą bramą pięć minut…

To wszystko jest wesołe. Jestem z pokolenia, które oglądało „Różową Panterę” i „Gang Olsena”, można się pośmiać. Właściwie żeby nie zwariować, można się tylko śmiać. Jednak rozmawiamy o naszej ojczyźnie, gdzie rządzą ludzie, którzy od dłuższego czasu nie robią nic innego, tylko starają się siebie nawzajem albo zaaresztować, albo oskarżyć, i którzy – obawiam się, choć wolę się ugryźć w język… Ale słowo „ugryźć”, zdaje się, też ma już polityczne konotacje, więc i tu powinienem uważać…

Takimi rzeczami zajmuje się dziś władza. A w tym samym czasie obok, w najbliższym sąsiedztwie i w tym dalekim, potężniejącym, tysiące ludzi pracują nad tym, jak w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy – nie lat, miesięcy! – wykorzystać w procesie zarządzania człowiekiem i państwem dane, których będzie więcej, niż ludzkość wypracowała do tej pory.

Ta władza w Warszawie jest tak bardzo archaiczna i proponuje nam wszystkim ucieczkę do przeszłości, w nacjonalistyczne rojenia. Elity rządzące za pomocników mają przedstawicieli nurtu antyoświeceniowego, antyszczepionkowców, niektórzy z nich wierzą, że Ziemia jest płaska. Takie poglądy występują wszędzie, ale gdzie indziej to jest ekstrawagancja, margines. Gdy patrzę na posłów, na ministrów, na premierów, myślę sobie, że rzeczywiście to jest ich żywioł. Oni pragną cofnąć Polaków i Polskę do miejsca, do świata i do czasów, które oni ogarniają. A my chcielibyśmy żyć w Polsce, która jest zwrócona w stronę przyszłości bardziej niż Jarosław Kaczyński. Wymieniam jego nazwisko, ponieważ to on wielokrotnie podkreślał wagę zatrzymania postępu z jego złymi i dobrymi skutkami. I dlatego, że bardzo dobrze go poznałem.

Prawdziwy kłopot polega jednak na tym, że to, co jest oficjalną ideologią rządzących, stało się atrakcyjne dla milionów ludzi. To zrozumiałe.

Świat wokół zmienia się tak, że ucieczka w swojskość jest naturalnym mechanizmem obronnym. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy władza organizuje całą swoją filozofię, cały system działania wokół tej idei odwrócenia się plecami do teraźniejszości i przyszłości.

Coroczny raport czytelnictwa w Polsce jest dość ponury. Nie jesteśmy wyjątkiem, chociaż u nas jest pod tym względem bardzo źle, prawie 65 proc. Polaków nie przeczytało w roku 2019 ani jednej książki. Oczywiście, bardzo dużo ludzi, szczególnie młodych, przenosi się definitywnie do przestrzeni wirtualnej, gdzie źródłem wiedzy czy pozytywnych emocji nie musi być książka. Problem polega na tym, że jeśli te 65 proc. z nas decyduje się na kompletny brak kontaktu z książką, to w całości oddaje się do dyspozycji w tej przestrzeni, w której obok treści dobrych są treści złe.

Nowoczesne narzędzia mogą być użyte w dobrej i w złej sprawie. Mamy radiologię i bombę atomową, a źródłem były te same dokonania naukowe. To banał, wiadomo, że wszystko możemy obrócić w dobrą i złą stronę. Problem polega na tym, że do władzy coraz częściej dochodzą ludzie, którzy chcą robić rzeczy złe, a zasady, takie tradycje czy rządy prawa, które ich krępowały, upadają. Tymczasem przedmiotem ich manipulacji są ludzie bezradni – bo często źle wykształceni i poddani dyktatowi tego, co można znaleźć w internecie, w sieciowej produkcji filmowej. Mówię o tym także jako ojciec i dziadek.

W 1938 r. audycja radiowa Orsona Wellesa na podstawie „Wojny światów” doprowadziła do paniki na ulicach New Jersey. Nawet jeśli opowieści o tym są przesadzone, to jednak takie zdarzenie miało miejsce i było dość masowe. Wyobraźcie sobie, co można zrobić z emocjami ludzi przy dzisiejszych narzędziach, jeśli za konsoletą będzie siedział nie pisarz czy producent radiowy, lecz autokrata, polityk.

Widzę, jak każdego dnia za sprawą archaicznego, pasywnego, bezrefleksyjnego sposobu sprawowania władzy w Polsce zsuwamy się na peryferie nie tylko polityki światowej, ale też na peryferie refleksji, co oznacza rozwój technologii i pęd świata w nie zawsze znaną stronę.

To, co można robić z ludźmi, do czego może służyć technologia, pokazuje epidemia koronawirusa w Chinach. Widzimy, że – nie kwestionując zasadności tych środków – można skutecznie kontrolować zachowania kilkudziesięciu milionów ludzi, że można ich łatwo izolować. Tymczasem z polskich mediów publicznych dowiedziałem się, że dla uniknięcia zagrożenia trzeba często myć ręce. Bardzo chciałbym, żeby rządzili nami ludzie, których wyobraźnia, wiedza i dobra wola w różnych sprawach – w obronności, polityce międzynarodowej, w dziedzinie przeciwdziałania zagrożeniom takim choćby jak wirus – są adekwatne do tego, co przed nami, a nie co dawno, dawno temu za nami.

Nie jestem pesymistą.

To, co złego dzieje się w Polsce, w Europie, na świecie, jest odwracalne pod jednym warunkiem – że ludzie będą wierzyli w siebie. W to, że mogą złe trendy i złe sytuacje odwrócić.

I tego bardzo Państwu życzę – żebyście niezależnie od swoich poglądów zawsze wierzyli, że coś od was zależy. I że do tego potrzeba właściwie tylko odrobiny odwagi, odrobiny wyobraźni i dobrej woli.


Fragmenty przemówienia, które przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej wygłosił 24 lutego br. na Uniwersytecie w Białymstoku, otwierając Festiwal Dyplomatyczny

 

 

Poprzedni artykułStara elektrownia
Następny artykułSkąd się wzięła nazwa prysznic

Ostatnie wpisy