Ewa Rossano urodziła się we Wrocławiu, kształciła się w rodzinnym mieście, w Strasburgu i w prestiżowej Bezalel Academy of Arts and Design w Jerozolimie, a mieszka we Francji. Jej rzeźby na stałe wpisały się w przestrzeń Wrocławia – można je spotkać na skwerze Wzajemnego Szacunku w Dzielnicy Czterech Wyznań – Kryształowa Planeta; czy w barokowym ogrodzie Ossolineum, gdzie stoi rzeźba Angelusa Silesiusa. Jest też autorką statuetki Angelusa – nagrody przyznawanej w ramach środkowoeuropejskiej Nagrody Literackiej.

W Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu odbył się pod koniec lipca 2026 roku finisaż wystawy Ewy Rossano „Ogród wypowiedzianych słów” – wielowymiarowej ekspozycji łączącej rzeźbę, malarstwo, fotografię i film, zbudowaną jako artystyczny dialog z historycznymi i literackimi skarbami kolekcji Ossolineum. Podczas spotkania towarzyszącego wystawie Ewa Rossano opowiadała o swojej pracy, wierze i technice traconego wosku, w której łączy kryształ z brązem.

Zanim artystka przystąpiła do pracy, wiele godzin spędziła w archiwum Ossolineum, gdzie mogła wybrać obiekty, które zainspirowały ją do wykonania rzeźb lub obrazów. Zafascynował ją m.in. zielnik Elizy Orzeszkowej. „Album kwiatowe” powstał w 1890 roku jako charytatywny dar na rzecz głodujących mieszkańców Galicji. Pisarka wykonała go z wielką starannością, spędziła długie godziny na zbieraniu roślin, suszeniu, układaniu kompozycji. Ewa Rossano zainspirowała się także papierem marmurkowym, którego technikę wykorzystała w swoich obrazach, prezentowanych na wystawie „Ogród wypowiedzianych słów”. A nawet jedna z prac powstała pod wpływem epopei „Pan Tadeusz”.

Ogród jako miejsce spotkania

Tytułowy „ogród” to dla artystki coś więcej niż roślinna metafora. – Ogród nie jest takim ogrodem, jaki możemy sobie wyobrazić w sposób roślinny – mówiła. – To ogród jako miejsce spotkania, jako miejsce wzrostu, zasiewu, spaceru, rozmowy w różnych porach roku. To obraz miejsca, które nas gości, ale które jest też zadbane i które w pewien sposób dba także o nas.

Sama geneza wystawy sięga, jak mówi, bardzo daleko – właściwie momentu, w którym zaczęła pracować. Tłumaczy ją odwołaniem do Księgi Rodzaju: – To jest spotkanie człowieka z materią, poznanie człowieka, tak jak w Księdze Rodzaju jest napisane, że Bóg stworzył wszystko za pomocą słowa. To był motor tego tytułu.

Wiara przewijała się przez opowieść o sztuce – nie jako temat ilustrowany wprost, lecz jako grunt, z którego wyrasta twórczość. – Nie wykonuję rzeczy i nie ilustruję danych rozdziałów czy przesłań, tylko staram się oddać w pracach moją wrażliwość na tę relację – mówiła. – To jest mój kamień węgielny do stworzenia wszystkiego. Nie jedynie prac, ale i mojego codziennego życia.

Gościnność jako słowo klucz

Zapytana o jedno słowo najważniejsze dla całej wystawy „wypowiedzianych słów”, odpowiedziała bez wahania: „gościnność”. – Nie jedynie gościnność w domu, gdzie przychodzą znajomi, gdzie podaje się ciasto i kawę, tylko ogólnie jako podejście do życia – wyjaśniała, wracając do Księgi Rodzaju i „Bożej gościnności”, tego, jak człowiek sam został ugoszczony. – Żebyśmy wychodzili codziennie z tą gościnnością do innych, do dnia, który idzie ku nam, do samych siebie. Jako artystka staram się, żeby moja sztuka mogła być miejscem gościnnym.

Z tej samej idei zrodził się pomysł na obecną w ekspozycji kanapę – autorski mebel, na którym artystka spędziła wiele godzin, studiując teologię. – Chodziło o wykonanie obiektu funkcjonalnego, z którym można przebywać na co dzień, a nie tylko obrazu czy rzeźby do oglądania – mówiła. – Uważam, że sztuka, z którą artysta powinien wychodzić do ludzi, nie musi zostawać w muzeach i galeriach. Miałam nawet wystawę w aptekach.

Technika traconego wosku – kryształ i brąz

Ważne miejsce w opowieści artystki zajmuje technika, w której pracuje od lat – lost wax, czyli metoda traconego wosku, znana już w starożytnym Egipcie i Chinach. – Wszystkie moje prace wykonuję najpierw z wosku pszczelego, który pięknie pachnie – opisywała. – Lepię formę kawałek po kawałku, a kiedy rzeźba jest gotowa, zamykam ją w formie, którą wypalam. Wtedy tracę oryginał, który był w środku – to jest ten moment utraty. Tracimy to, co zrobiliśmy, ale wiemy po co: żeby to miejsce zajął inny materiał.

Dla Ewy Rossano ten moment „utraty” wosku ma wymiar niemal egzystencjalny. – Tak jest trochę w życiu – mówiła. – Nieraz oczekujemy, że coś przyjdzie, a trzymamy mocno w dłoniach to, co już mamy. Trzeba to puścić, żeby ręce były otwarte na przyjęcie czegoś innego. Nie nazywam tego utratą – to tylko etap, tak jak pory roku: coś przemija, żeby mogło przyjść coś nowego.

Połączenie kryształu i brązu w jednej rzeźbie to technika, którą – jak sama przyznaje – stosuje niewielu artystów. – Ta technika jest dla mnie odzwierciedleniem nas samych, człowieka – tłumaczyła. – Tej części widzialnej i niewidzialnej, która jest w nas: duszy i ciała, siły i delikatności. Oba materiały przechodzą przez różne stany – od stałego, przez ciekły, znów do stałego – i to mnie zawsze pociągało: że jeden materiał jest czymś bardzo trwałym, a drugi bardzo kruchym. Tworzy się je osobno, a potem się je łączy. To bardzo długa, bardzo pracochłonna technika – wykonanie jednej rzeźby, licząc samo wypalanie w piecu, może wymagać nawet dwóch tygodni.

Efekt zawsze pozostaje niespodzianką, nawet dla samej artystki. Opisywała pracę nad figurką z kryształu, nad którą pracowała kilka lat, próbując wielokrotnie dopasować do niej część z brązu. – Nigdy do końca nie wiem, jak kryształ się odleje – mówiła. – Kiedy sama rozbijam formę po wypaleniu, nie widzę, co jest w środku, bo wszystko jest zamknięte w gipsie. Trzeba wziąć dłuto, młotek i z determinacją, ale i delikatnością, wydobyć to, co w środku. W tym przypadku usta nie odlały się do końca – i to właśnie mnie zafascynowało, bo tak dzieje się w sztuce i w życiu – nieraz wychodzi inny efekt niż planowaliśmy.

Rzeźby bez portretów

Ewa Rossano zastrzega, że jej prace – mimo bardzo oszczędnych tytułów w rodzaju „Tancerka”, „Ultramaryna” czy „Zielona suknia” – nie są portretami konkretnych osób. – Moje rzeźby nie przedstawiają kogoś – mówiła. – Przedstawiają raczej emocję albo spotkanie, miejsce, które czeka na spotkanie z nami. To trochę jak lustro: chciałabym, żeby ktoś, patrząc na rzeźbę, zobaczył nie tylko ją, ale i siebie – swoje emocje, swoją wrażliwość.

Proces twórczy opisuje jako coś bliskiego improwizacji tanecznej. – Dużo piszę, dużo notuję, robię zdjęcia, ale kiedy siadam do pracy, nie korzystam z tego wprost – tłumaczyła. – To jak w tańcu: znamy kroki, ale emocja powinna żyć, pulsować. Często do końca nie wiem, co chciałam przez daną rzeźbę powiedzieć – dopiero w spotkaniu z kimś to się doprecyzowuje, dojrzewa.

Najpiękniejszym momentem w pracy nad rzeźbą jest dla niej ten, w którym dzieło opuszcza pracownię. – Mam wtedy wrażenie, że widzę ją jakby inną, jakby już nie do końca moją – mówiła, porównując to do rodzicielskiego doświadczenia patrzenia, jak dziecko dorasta i usamodzielnia się. – To nie jest rozstanie, tylko kolejny etap. Najpiękniejsze jest to, gdy taka praca trafia do kogoś i naprawdę u niego żyje.

Rada dla młodych artystów

Zapytana przez jednego z uczestników spotkania o radę dla młodych twórców chcących wejść na scenę międzynarodową, odpowiedziała: – Zakasać rękawy, dużo pracować, przede wszystkim być sobą, nie ulegać modom i osądom. To, co jest w nas, jest najlepsze, co mamy. Trzeba się interesować tym, co dzieje się na rynku sztuki, ale przede wszystkim słuchać siebie.

Równie ważna jest dla niej, jak mówi, potrzeba bycia użytecznym jako artysta – niekoniecznie w wielkich instytucjach. Prowadzi otwartą dla publiczności pracownię, do której zapraszała przedszkolaków, uczniów i dorosłych, organizując warsztaty i pokazy. – Uczę przede wszystkim patrzeć – mówiła. – Bo to, co mamy w sobie niezwykłego, to nasze oczy, a często patrzymy na świat zbyt racjonalnie. Czasami można powiedzieć sobie: nie rozumiem wszystkiego i nie muszę wszystkiego rozumieć, ale chcę spojrzeć na coś w zupełnie inny sposób.

Na pytanie, czy w jej pracach jest miejsce na oddanie snów, odpowiedziała, że nigdy świadomie nie odwzorowuje snów – choć jedna z jej prac, przedstawiająca drabinę, bywa przez oglądających kojarzona z biblijną drabiną Jakubową. – Nie notuję nigdy swoich snów – zastrzegła, dodając z uśmiechem: – Nie wykluczam, że coś ze snu i tak przenika do pracy niezależnie od mojej woli.

Cała rozmowa, prowadzona przed kamienicą pod Złotym Słońcem, we Wrocławiu, gdzie mieści się Muzeum Pana Tadeusza i podczas autorskiego oprowadzania po ekspozycji, wielokrotnie wracała do myśli, którą Ewa Rossano powtarzała w różnych wariantach: sztuka nie ma tłumaczyć czy pouczać, ma zapraszać do wspólnego bycia. – Jestem twórcza, dużo dzieje się w mojej głowie, a w danym momencie czuję niekończącą się inspirację – mówiła. – Ale to, czego mi w tym wszystkim brakuje, to właśnie takiej rozmowy z odbiorcami, widzami wystaw. Tego niedosytu spotkań chyba nigdy nie da się do końca zaspokoić.

Beata Brokowska

Fot. Beata Brokowska