„Pionierzy Ziem Zachodnich i Północnych”, taki tytuł nosi wystawa, którą od 24 listopada można oglądać w holu  Instytutu Północnego w Olsztynie. Otwarciu towarzyszyła dyskusja z udziałem jej autorów prof. Andrzeja Saksona oraz dr Małgorzaty Bukiel i Instytutu Zachodniego w Poznaniu, oraz prof. Roberta Traby. Jej uczestnicy starali się między innymi odpowiedzieć na ciągle powracające pytania: jak nazywać tereny stanowiące obecnie jedną trzecią obszaru kraju? kim byli ludzie, którzy na nie przybywali i jak mówić o nich dzisiaj? czy wyzbyli się oni poczucia tymczasowości charakterystycznego dla pierwszych powojennych dekad?

Funkcjonująca w czasach PRL-u nazwa Ziemie Odzyskane (pisane czasem w cudzysłowie) powoli, zwłaszcza od roku 1989, wypierana jest z obiegu.

1000016999 300x214 Repatrianci, osadnicy, pionierzy…– Mit Ziem Odzyskanych jest najtrwalszym dorobkiem PRL-u i III Rzeczpospolitej, żadne mity np. awansu społecznego nie utrzymują się tak długo, nie są tak żywotne i tak niezastępowalne. – mówił prof. Robert Traba – Jestem, żeby było jasne, przeciwny temu określeniu, z odzyskiwaniem wiąże się przecież jakaś przemoc, odbieranie czegoś, co nam kiedyś zabrano. W tym roku nie było centralnych uroczystości, ostatnie – z udziałem Prezydenta Rzeczpospolitej – odbyły się w marcu 2015 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Pamiętam, że zaczęły się one marszem pionierów przez miasto.

– Sformułowanie pochodzi jeszcze sprzed wojny, jako o Ziemiach Odzyskanych mówiło się wówczas o zajętym przez Polskę w 1938 roku Zaolziu. Większość nowych terenów które w 1945 roku znalazły się w granicach Polski, nigdy do niej nie należało. – zwracał uwagę prof. Andrzej Sakson – Określenie Ziemie Zachodnie i Północne też nie jest ścisłe, co na przykład z kaszubskimi powiatami nadmorskimi – wejherowskim, puckim, które znalazły się w granicach II Rzeczpospolitej już po pierwszej wojnie światowej, przecież to też są ziemie północne. Ja traktuje te określenia jako synonimy i używam obu nazw zamiennie.

Oprowadzając po wystawie dr Małgorzata Bukiel zaznaczyła na początku, że wbrew powszechnemu przekonaniu, większość ludności, która zasiedlała Ziemie Zachodnie i Północne to byli mieszkańcy Polski centralnej (Mazowsza, Lubelszczyzny, Małopolski, Świętokrzyskiego) chcący poprawić swoje warunki życia i szukający nowych szans na Ziemiach Odzyskanych, a nie repatrianci „zza Buga”. Słowo „repatrianci” oficjalnie używane w czasach PRL, przesiedleniami kierowały przecież państwowe Urzędy Repatriacyjne, przez samych zainteresowanych od początku było przyjmowane niechętnie. Ich przesiedlenia np. z Wilna do Olsztyna nie były żadnym powrotem do ojczyzny, ale rezultatem,  nieliczących się z ich zdaniem, decyzji mocarstw, ustalających nowe europejskie granice  po pokonaniu hitlerowskich Niemiec. Repatriantami w prawdziwym tego słowa znaczeniu byli jedynie Polacy, którzy do kraju wracali z np. z emigracji zarobkowej we Francji, było ich 240 tysięcy.

Podobnie zastrzeżenia jak „repatrianci” mogą budzić określenia „osadnicy”, „pionierzy”, chwytliwe propagandowo, czasem kojarzące się z amerykańskim Dzikim Zachodem. I one nadal funkcjonują w powszechnym obiegu.

1000017006 300x237 Repatrianci, osadnicy, pionierzy…– Na potrzeby wystawy używany określenia „godzina zero”. W tych pierwszych miesiącach mieliśmy na tych terenach do czynienia z wieloma kategoriami ludności. Byli ciągle żołnierze radzieccy, żołnierze polscy, ludność niemiecka, która nie wiedziała, co z nią będzie, ludność polska, która przyjechała, ale jeszcze nie wiedziała po co i na jak długo. Dobrym określeniem na tą sytuację jest zaproponowane przez autorkę publikacji o Stargardzie słowo „zamęt”. Ta tymczasowość trwała czasem aż do lat sześćdziesiątych – mówiła dr Małgorzata Bukiel.

– Mieszkańcy, którzy przejmują ziemie nowe, bo to tak trzeba nazywać, musieli mieć świadomość, że przejmując cudzą własność. Nawet mając do tego pewne racje moralne, czy historyczne, nie mogą tego robić bezkarnie. – mówił prof., Andrzej Sakson – Za to płaci się problemami z tożsamością, czy tym jak traktujemy to, co jest poniemieckie. Ile pokoleń musi upłynąć, żeby się z tym uporać? Tym bardziej, że co jakiś czas – ku mojemu zdumieniu – docierają do nas pomruki, które odświeżają ten wątek tymczasowości. Jeżeli Putin w 2023 roku, już w trakcie wojny w Ukrainie, mówił że nasze Ziemie Zachodnie i Północne to jest dar Stalina i można go odebrać, to co o tym mamy myśleć? Mieszkańcy Mazowsza czy podkrakowskich wsi raczej nie mają takich dylematów. Z drugiej strony, kiedy mówimy o reperacjach wojennych, niektórzy działacze niemieckiej AfD (nacjonalistyczna partia Alternatywa dla Niemiec, odnosząca sukcesy zwłaszcza we wschodnich landach RFN – bs) mówią: ok, my możemy je zapłacić, ale w takim razie zwróćcie nam Olsztyn, Szczecin i Wrocław, bo w naszym rozumieniu bilansu wojny my wasze krzywdy spłaciliśmy ziemiami, które wy przejęliście.

– Polska po wojnie zmieniła się w sposób zasadniczy. Straciliśmy tereny na wschodzie, zyskaliśmy na zachodzie. Ruch ludności dotyczył milionów osób. Sowieci robili takie rzeczy, ale w tej niesowieckiej części Europy zmian w takiej skali nigdzie indziej nie było. – mówił Robert Traba wzywając do ciągłego oswajania mitu Ziem Zachodnich i Północnych, „umojenie” go, powtarzając określenie prof. Barbary Skargi.

Wystawa „Pionierzy Ziem Zachodnich i Północnych”, którą przez najbliższe tygodnie można oglądać w Instytucie Północnym w Olsztynie wykorzystuje również materiały pochodzące i dotyczące Warmii i Mazur.

Dla porządku dodajmy, że w powojennym Olsztynie, w którym po przejściu frontu zostało ledwie kilka tysięcy mieszkańców „pionierami” byli polscy kolejarze, którzy przyjechali już w pierwszych dniach lutego 1945 roku z Białegostoku. 10 marca pojawiła się 54-osobowa grupa przedstawicieli Ministerstwa Przemysłu mająca oszacować stan i przejmować zakłady przemysłowe w terenie. Pod koniec marca przyjechali z Warszawy pierwsi przedstawiciele nowej władzy z pełnomocnikiem rządu, pułkownikiem Jakubem Prawinem. Pierwszy zorganizowany transport przesiedleńców przyjechał w połowie maja 1945 roku, byli to Polacy z Wołynia.

bs