Byliśmy w Rumunii i od razu zachwiał się tam rząd. Wszystko przez to, że Liviu Dragnea poszedł siedzieć za przekręty wyborcze sprzed paru lat. Zgarnęli go zaraz po przegranych przez rządzących w Rumunii postkomunistów eurowyborach. Dragnea był ich szefem i urzędującym przewodniczącym parlamentu. Zostałby niechybnie premierem, lecz przezornie, nie zgodził się na to prezydent Klaus Johannis. Prezydent jest rumuńskim Niemcem. W Bukareszcie podśmiewają się z jego specyficznej wymowy. I cieszą się, że ktoś pilnuje porządku. Trochę to wymaga wysiłku, bo temperament i tupet tamtejszych polityków robi wrażenie. Rumuńskie media obiegła kilka dni temu wiadomość, że pewien senator wzywał sanitarny helikopter, bo bolał go ząb.

Mówimy o Rumunii, a dla naszych praojców to były po prostu Multany. A bliżej Mołdawia i Wołoszczyzna, Bukowina i Besarabia, ziemie momentami w zasięgu korony polskiej. Jeszcze przecież niedawno graniczyliśmy z Rumunią. W Zaleszczykach, gdyby ktoś nie pamiętał tej hańbiącej nazwy i mostu przez Dniestr. To tamtędy, we wrześniu 39 roku, uciekali do Rumunii i prezydent Mościcki i „nasz drogi, dzielny wódz”, Rydz-Śmigły. II Rzeczpospolita była bliska wymarzonych granic od morza do morza. Ale to Rumunia mianowała się wtedy Wielką Rumunią, niestety kosztem naszych bratanków, Wielkich Węgier.

W ubiegłym tygodniu doszło do bójki między Rumunami i Węgrami na wojennym cmentarzu w Valea Uzului  (Úzvölgye), gdzie po bitwie z 1917 roku są groby poległych aż siedmiu narodowości

Dla Węgrów rok 1920 i traktat w Trianon, który po pierwszej wojnie usankcjonował upadek i rozbiór Austro-Węgier, jest najczarniejszą datą w ponad tysiącletniej historii. Rumunia osobnym państwem jest mniej niż lat sto pięćdziesiąt, ale chętnie odwołuje się do Daków i ich wodza Decebala, który walczył z Rzymianami, kiedy o Madziarach nikt jeszcze w Europie nie słyszał. Niech ktoś o Timișoarze, spróbuje dziś powiedzieć Rumunowi, że to Temesvar. Nie liczy się nawet to, że właśnie tam od pewnego węgierskiego pastora zaczęło się w grudniu 1989 roku obalanie dyktatury Ceaușescu. Rumuni z wzajemnością nie tolerują sąsiadów. W ubiegłym tygodniu doszło do bójki między Rumunami i Węgrami na wojennym cmentarzu w Valea Uzului  (Úzvölgye), gdzie po bitwie z 1917 roku są groby poległych aż siedmiu narodowości. Rumuni dostali wtedy solidnego łupnia (rumuńscy jeńcy trzymani byli potem między innymi w obozie w Lidzbarku Warmińskim), może dlatego patrioci rumuńscy w tym samym miejscu miesiąc temu postawili pomnik swoich żołnierzy poległych w czasie drugiej wojny. Zdaniem Węgrów „na prochach” ich bohaterów.

Kaczyka Ciorbă de burtă
Dom Polski w polskiej wsi Kaczyka w Rumunii. Fot. Newsbar.pl

Podczas drugiej wojny nienawidzący się Węgrzy i Rumunii przez moment byli sojusznikami. Pod presją i komendą Hitlera wspólnie z Niemcami wybrali się w 1941 roku na Sowietów. Przez pierwsze miesiące szło nieźle, Rumunia posunęła się wówczas najdalej na wschód, zajęła dzisiejsze Naddniestrze. Gdy szale się odwróciły i w roku 1944 Armia Czerwona stanęła u bram, Rumunii zmienili front i przeszli na jej stronę. Sowieckie ultimatum wiązało się z rezygnacją z Besarabii i Bukowiny, za którymi do dziś tęsknią. Jednym z najważniejszych rumuńskich generałów był Leonard Moczulski (Mociulschi) Polak, bo poza węgierską i niemiecką – nie zapominając oczywiście o Cyganach – jest w Rumunii i polska mniejszość narodowa, całe polskie wioski. Generał Mociulschi dostawał żelazne krzyże od Niemców, a potem z Rosjanami doszedł przez Debrecen  (Węgrzy do ostatka głupio trzymali się Rzeszy) aż na Słowację. Ma dziś ulicę w Braszowie (po węgiersku – Brasso, po niemiecku – Kronstadt) gdzie zmarł w 1979 wycierpiawszy przedtem sporo od komuny. Rumuni bardziej woleli by swojego, są bardzo czuli na punkcie honoru. Z banerów na publicznych gmachach chwalą się, że właśnie trwa rumuńska prezydencja w Unii Europejskiej. Z drugiej strony wstydzą, bo właśnie przegrali z małą Estonią wybory na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Poza tym wszystko, na oko, mniej więcej jak u nas.  Z tym, że rumuńscy patrioci świętując złe czy dobre rocznice częściej przebierają się w stroje ludowe, a polskie flaki w Rumunii nazywają się ciorbă de burtă i są zaprawiane śmietaną. bs