Zastanawiam się, jak zacząć te zapiski, czy tradycyjnie – urodziłem się, chodziłem do szkoły, wychowywałem się itd., czy zgoła inaczej. Wiem, że muszę trzymać się faktów i powstrzymać się od ocen, chociaż to ostatnie jest prawie niemożliwe. Zachowało się dość dużo dokumentów rodzinnych, fotografii, a za życia Rodziców próbowałem notować ich opowieści, stąd moja relacja powinna być prawdziwa.

Wilno. Andrzej Małyszko w wózku, obok ojciec.
Wilno. Andrzej Małyszko w wózku, obok ojciec.

Zacznę jednak od moich narodzin. Zdarzyło się to w Wielki Piątek 23 marca 1940r. w klinice Św. Wojciecha w Wilnie. Na świat przyszedłem w ostatnim momencie lekko podduszony, uratowała mnie decyzja lekarzy o cesarskim cięciu. Doktor machnął skalpelem tak, że do dziś nad lewym uchem mam bliznę. Byłem drugim dzieckiem moich Rodziców, starszy brat Tadeusz, Jerzy urodził się 23 lutego 1935r. Przyszedłem na świat wbrew zaleceniom lekarzy przewidujących zagrożenie zdrowia i życia matki przy następnej ciąży. Mama, drobnej budowy, miała za sobą 42 lata bardzo twardego życia. Mieszkaliśmy wtedy w Wilnie przy ulicy Zamkowej 3 m 10. To było długie podwórze, z którego wchodziło się wprost do mieszkań, od ulicy zamykane solidnie okutą bramą. Którejś wojennej nocy brama oparła się bandzie pijanych własowców, próbujących wedrzeć się na podwórze. Mieszkańcy schronieni w piwnicy, a był to czas bombardowań, słuchali wrzasków i prób wyłamywania bramy przez bandytów. Ja przespałem to wszystko w wózku, na szczęście nie budząc się. Własowcy poszli szukać łatwiejszego łupu gdzie indziej.

W lipcu 1940 roku zostałem ochrzczony w kościele uniwersyteckim Św. Jana. Patronem moim został Św. Andrzej Bobola. Mieszkańcy naszego podwórza byli ze sobą zaprzyjaźnieni, a trudne wojenne czasy zacieśniały te więzi. Od strony ulicy nad bramą mieszkał z rodziną pan Hursztyn i on został moim chrzestnym ojcem, chrzestną matką została ciocia Ania, żona Józefa, brata Mamy. Obok nas, za ścianą mieszkał krawiec Jan Rynkiewicz z żoną Heleną i córką Janiną. To dzięki niemu miewałem ładnie uszyte ubranka, od państwa Rynkiewiczów otrzymałem też prezent – trójkołowy rowerek. Niestety, po przyjeździe do Ostródy rowerek został natychmiast ukradziony. Państwo Rynkiewiczowie po wyjeździe z Wilna w 1945 roku osiedlili się w Toruniu. Moi Rodzice do końca życia utrzymywali z nimi sympatyczne kontakty.

W beciku Andrzej Małyszko z rodzicami. Obok brat Tadeusz, Jerzy.
W beciku Andrzej Małyszko z rodzicami. Obok brat Tadeusz, Jerzy.

Z drugiej strony naszego domu mieszkała rodzina dozorcy Mołczanowa, naprzeciw samotny fotograf Michał Michielewicz, uczeń Bułhaka, który podobno bywał na Zamkowej 3. Obok zakładu fotograficznego mieszkała artystka malarka, pani Bałzukiewiczówna, krewna znanego malarza Bałzukiewicza. Wiem, że po wojnie osiadła w Lublinie, czytałem o Niej w „Przekroju”. Z nami zamieszkał Michał, młodszy brat Mamy, wówczas ciężko chorujący.

Nastał rok 1944, tragiczny dla mojej rodziny. Po nieudanej operacji wyrostka umiera 16-go sierpnia mój starszy, dziesięcioletni brat Tadeusz, Jerzy. Zostaje pochowany na Rossie. Byłem małym dzieckiem i niewiele mogłem zapamiętać  z tamtych dni i samego pogrzebu, w mojej pamięci przede wszystkim pozostały zapachy kaplicy cmentarnej i świeżo odpadłego tynku po bombardowaniu, a także chrzęst szkła z rozbitych okien pod butami. Po stracie syna rodzice byli zrozpaczeni, a Mama do końca swoich dni nie mogła się z tym pogodzić.

Miesiąc później, we wrześniu sowieci aresztowali na poczcie mojego Ojca. Zabrali go z pracy tak jak stał. Był młodym, 42-letnim zdrowym mężczyzną i był im potrzebny. Natomiast zostawili pracującego razem z Ojcem Michała, brata mojej Mamy poruszającego się o kulach. Obaj pracowali w świetlicy zaadaptowanej na potrzeby poczty, której budynek w czasie działań spłonął. Ojciec został zatrzymany pod pretekstem sprawdzenia dokumentów. Pretekst był wymyślony, sowieci potrzebowali siły roboczej, a tę mogli brać dowolnie z podbitych krajów.

Wraz z innymi aresztantami trafił na komisariat milicji gdzie przesiedział do północy, potem odprowadzony pod eskortą do NKGB i zamknięty w piwnicy. Zaalarmowana przez Michała Mama zdołała dotrzeć do Ojca jeszcze przebywającego w komisariacie a znając sowieckie obyczaje przewidująco dostarczyła mu koc i kożuszek, zabierając obrączkę i zegarek. Oboje przeżyli w Rosji rewolucję, więc wiedzieli, czym kończy się „sprawdzanie dokumentów” i nie mylili się. Po kilku dniach, kiedy zebrano większą grupę, przeprowadzono ją do więzienia na Antokolu. O dziwo, konwojenci nie reagowali na młodych Polaków podbiegających do kolumny i spisujących nazwiska, adresy aresztantów. Przed zamknięciem w celi przeszli brutalną i skrupulatną rewizję. Pomimo mrozu cele nie były ogrzewane, za to zapełnione ponad miarę. Nie było mowy o wygodnym położeniu się. Po miesiącu nastąpił przemarsz do więzienia na Łukiszkach, równie zimnego i zapełnionego. Stamtąd po kilku dniach zostali pognani pod bagnetami na dworzec. Trasa przemarszu była opróżniona z przechodniów, okna mieszkań pozamykane z zakazem wyglądania na ulicę. Ojciec opowiadał o zmasakrowaniu młodego człowieka próbującego uciec z kolumny. Na dworcu więźniów rzucono na kolana i tak przeszli przez peron do wagonów.

Dwaj panowie z wąsami. Z prawej ojciec Andrzeja Małyszko.
Dwaj panowie z wąsami. Z prawej ojciec Andrzeja Małyszko.

Ojciec znalezionym kawałkiem drutu z ogrodzenia wywiercił w ścianie wagonu otwór, chcąc zorientować się dokąd pojadą. Pech chciał, że wystający z deski drut spostrzegł idący peronem enkawudzista. Więźniowie zostali wyprowadzeni z wagonu, metodą presji psychicznej i szantażu z groźbami zmuszono Ojca do przyznania się, iż „uszkodził mienie państwowe”. Opatrzności należy zawdzięczać, że nie rozstrzelano Go na miejscu, natomiast zapisano nazwisko obiecując podróż na Sybir Jego rodzinie. Ojciec ze zgrozą wspominał te kilka miesięcy niepewności o los pozostawionych w Wilnie żony i syna. W szczelnie zamkniętym wagonie było prawie 60 osób, nocami karmionych czymś, co trudno nazwać zupą, ubikacją było zbite z desek koryto. Po paru dniach podróży głodni, wycieńczeni ludzie zaczęli odchodzić od zmysłów, stając się często agresywni, umierając. Każdy wagon był pilnowany przez dwóch żołnierzy przebywających na zbitym z desek balkonie. W składzie pociągu był karcer, nieogrzewany wagon, w którym ukaranych za byle głupstwo trzymano bez żadnych posiłków. Nocami pociąg stawał i wtedy umarłych wyrzucano z wagonów. Nie byli grzebani.

Po przyjeździe do Dzierżyńska i tygodniowej „kwarantannie”, zakwaterowano ich przy kopalni węgla w barakach mieszkalnych. Było tłoczno, głodno i chłodno. Po kilku miesiącach z więźniów zdjęto konwój, mogli poruszać się po miejscowości bez prawa jej opuszczania. Ojciec miał szczęście, został „płotnikom”, czyli cieślą, dzięki czemu pracował na górze, nikt z pracujących na dole kopalni do kraju nie wrócił. W Dzierżyńsku pracował w ORB 9, dowodem osobistym był kartonik o wymiarach 3.5 na 5 cm z wypisanym nazwiskiem i numerem 3836. Ilekroć Ojciec wracał do łagrowych opowieści zawsze podkreślał, że postanowił to wszystko przetrwać i wrócić do swojej rodziny. Kiedy i jak? –  tego nie wiedział, ale widział ludzi ginących psychicznie i fizycznie. W miarę możliwości starał się myć, golić, cerował i naprawiał swoją odzież, koszulę całą w łatach często prał. Wierzył, że narzucona sobie wewnętrzna dyscyplina i modlitwa pozwolą mu przetrwać najgorsze czasy. Opowiadał, że kiedy zdjęto konwój, chodząc po Dzierżyńsku znalazł w śmietniku wyrzucone buraki. Jakaż to była radość i uczta, kiedy mógł je ugotować i zjeść, albo zdobyte na Wielkanoc jajko! Przetrwał i przyjechał do Ostródy. Opisując losy Ojca mam przed sobą ten mały kartonik z grubej tektury z numerem i nazwiskiem, „sprawkę wydaną tow. Małyszko Iwan Wikientiewiczu” stwierdzającą zakończenie pracy w ”treście Dzierżyńskigol dnia 20 maja 1946 roku” oraz rzecz dla Niego najcenniejszą, różaniec zrobiony w łagrze z kawałeczków drewna i drutu. Chyba nie da się nie wierzyć.

Zwolniony z łagra przyjechał do Ostródy w lipcu 1946 roku. W tym czasie byłem w Reszkach na wsi u swojej cioci, kiedy z Ostródy przyjechał ktoś rowerem z wiadomością, że Janek wrócił! Furmanką z galopującym koniem szybko przejechaliśmy te 15 km i wtedy mój ojciec przeżył kolejny dramat, bo Jego syn wcale Go nie poznał i nie chciał się przywitać. Spuchnięty z głodu i osłabiony, miał problemy z podniesieniem mnie na ręce. Przez okres nieobecności Ojca Mama wychowywała malca tak, żeby się nie wygadał, iż tata jest w łagrze. Wiedziała, co robi, miała z bolszewikami takie złe doświadczenia.

Brat Andrzeja Małyszko - Tadeusz, Jerzy z ojcem.
Brat Andrzeja Małyszko – Tadeusz, Jerzy z ojcem.

Po jakimś czasie między nami wszystko wróciło do normy, Ojciec rozpoczął pracę na kolei w Barkwedzie, tak się przez jakiś czas po wojnie nazywało Samborowo, dokąd codziennie chodził pieszo około 9 km, czasem jechał pożyczonym rowerem lub pociągiem, wtedy rzadko kursującym. Pracował jako zwrotniczy, egzamin na to stanowisko zdał dwa miesiące po powrocie do Polski, rok później był już po egzaminie na starszego zwrotniczego, potem nastawniczego drugiej klasy. W międzyczasie zaproponowano Ojcu członkostwo w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Pamiętając swoje przejścia w łagrze odmówił, przez co, jak wspominał, miał trochę kłopotów, na przykład nie dano mu zgody na kurs dyżurnego ruchu, a ważny działacz, którego nazwiska tu nie wymienię, napisał na podaniu „bezpartyjny – niepewny”. Bezpośredni przełożeni znali trochę losy Ojca i jego przekonania tak, że nikt go specjalnie nie próbował „upartyjniać”.

Od końca 1949 roku aż do emerytury pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych Olsztyn. Mam przed sobą kolejarską karierę mego Ojca – pożółkłe zaświadczenia starannie spięte w teczce. Jest tam również legitymacja z 1962 roku „przodującego kolejarza” i legitymacja  Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, którą  otrzymał przy jakiejś wypłacie. Nikt go już o zgodę na wstąpienie do Towarzystwa nie pytał.

Po aresztowaniu Ojca Mama robiła wszystko, żeby Go uwolniono. Paczki dla Ojca, prezenty i łapówki dla sowieckich urzędników wpadały jak do studni bez dna. Poza kocem i kożuszkiem Ojciec niczego nie otrzymał mimo zapewnień, że wszystko jest w porządku i lada dzień Go wypuszczą. Biedna Mama całe dnie spędzała chodząc bezskutecznie po sowieckich urzędach. Ja tułałem się trochę po sąsiadach, wujek obłożnie chory nie mógł się mną zająć. Opowiadano mi scenę, jak po przystawionej do okna desce wdrapałem się do pracowni pani Bałzukiewiczówny wołając, że Mamusi i Tatusia nie ma, wujek chory, a ja jestem głodny. Oczywiście dostałem jeść.

W miesiąc po aresztowaniu Ojca, w październiku 1944 roku, do mieszkania przyszli enkawudziści, otworzyli okna i drzwi wyrzucając cały dobytek na podwórze. Z naszego mieszkania zrobiono więzienie. Budynek, w którym mieszkaliśmy, przylegał do gmachu NKWD, do którego główne wejście było od strony placu katedralnego. Od tej pory pod oknami naszego byłego mieszkania służbę pełnili enkawudziści z karabinami, co pamiętam jak przez mgłę, natomiast dobrze utkwiły w mojej pamięci krzyki katowanych tam ludzi. Z Mamą i wujkiem Michałem zamieszkaliśmy naprzeciw naszego domu w atelier fotograficznym pana Michielewicza. Ogromna szklana ściana była bez szyb, więc zabito ją deskami. Tam spędziliśmy zimę. Moją najlepszą zabawką był kubek z gorącą wodą stojący na rozgrzanej „kozie”- piecyku ogrzewającym pomieszczenie. Z opowieści mojej Mamy wiem, że korzystając z nieuwagi strażników, którzy nas wszystkich zdążyli poznać, podawała aresztowanym chleb, przyjmowała od nich listy, aż pewnego dnia enkawudzista złapał Ją na tym „przestępstwie” i chciał zastrzelić. Sąsiadce, pani Hursztyn, udało się wybłagać Jej życie. Od tej pory Mama była ostrożniejsza.

W październiku 1945 roku transportem ze stacji Gudogaje wyruszyliśmy do Gdyni, przynajmniej takie były zamiary Mamy. W wagonie towarowym ogrzewanym kozą, w kilka rodzin, wraz z całym dobytkiem podróżowaliśmy prawie dwa tygodnie. W karcie ewakuacyjnej wystawionej przez Pełnomocnika Rejonowego Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego ds. ewakuacji z dnia 10 lutego 1945 roku wymieniony był cel podróży – Gdynia. To było młode, polskie miasto i tam Mama chciała zamieszkać. Karta była wystawiona na Ojca, który nadal przebywał w łagrze. Mama cały czas miała nadzieję, że Ojciec zdąży wrócić, wszak było już po wojnie. W ostatniej chwili nazwisko Ojca zostało wykreślone. W trakcie podróży kartę stemplowali i wpisywali swoje uwagi Litwini, Rosjanie i Polacy. Nasza podróż transportem numer 25, wagon 12, skończyła się przymusowym wyładunkiem w nieznanym nikomu mieście Ostród, tak początkowo nazywała się Ostróda. Zarejestrowano nas 28 października 1945 roku pod numerem 3228, po czym zostaliśmy zakwaterowani w barakach, w których w czasie wojny mieszkali niewolnicy III Rzeszy.

Baraki te długo po wojnie stały na bagnach naprzeciw bramy gospodarczej Zakładów Naprawy Taboru Kolejowego. Dziś tamtędy przebiega ulica. Krótko po tym Mama zajęła pokój z kuchnią przy ulicy 1-go Maja, potem nazwę zmieniono na ulicę Jaracza. Zamieszkaliśmy w budynku numer 11, razem z innymi repatriantami, bo tak nas nazywano. Było bardzo niebezpiecznie i wszyscy starali się trzymać razem, zwłaszcza rodziny i ci,  którzy przyjechali tym samym transportem. Przed nami mieszkali tu żołnierze sowieccy, mieszkanie było zapluskwione i brudne. Obok nas pokój z kuchnia zajął brat Mamy – Michał fotograf, późniejszy wieloletni pracownik poczty w Ostródzie, a sąsiednie mieszkanie – drugi brat Mamy, Józef z żoną Anną i synem Jerzym, ostatnie mieszkanie na pierwszym piętrze – kuzyn Mamy, Antoni Katkowski, młynarz z Taboryszek, z matką, żoną Franciszką, dziećmi Romualdem, Marianem i Danusią. Antoni Katkowski podjął pracę w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, pracując tam do emerytury.

Nie mogę pominąć najzacniejszej osoby, jaką była Janina Kondratowiczówna, która krótko po przyjeździe gudogajskim transportem została żoną Michała Katkowskiego i moją ukochaną ciocią. Jestem im obojgu winien szczególną  pamięć za ich niezwykle dobre serca. Kiedyś przypadkowo dowiedziałem się, że ciocia Janka była łączniczką AK w rejonie Oszmiany, gdzie zdziałała wiele dobrego. Nagabywana przeze mnie wielokrotnie, nie chciała do tego wracać.

Na parterze naszego domu był sklep mięsno-wędliniarski, w podwórzu jego zaplecza – pomieszczenie uboju, rozbioru mięsa, wędzarnia, składy. Opuszczony sklep został uruchomiony przez pana B. Piórkowskiego i jak głosił szyld sprzedawano tam „mięso i wendliny” (pisownia oryginalna) do lat 50-tych, kiedy przystąpiono do likwidacji prywatnej inicjatywy. Państwo Piórkowscy wyprowadzili się, sklep zlikwidowano, a na ich miejsce przyszli państwo Ramotowscy z dziećmi: Haliną, Basią, Leszkiem i urodzonym na Jaracza Heńkiem. Basia i Leszek po szkole zamieszkali w Olsztynie, Basia pracowała w sądownictwie, Leszek po ukończonej Akademii Wychowania Fizycznego był nauczycielem i zastępcą dyrektora Liceum Ogólnokształcącego nr 2. Obok państwa Ramotowskich na parterze zamieszkali państwo Kaliccy z córką i synem, a także bezdzietne małżeństwo Montyłów, także repatriantów. On kolejarz maszynista, po paru latach zmarł, pani Montyłowa, gospodyni domowa, hodowała świnie i kozy. Ramotowscy i Kaliccy nie byli repatriantami z kresów, tak jak ich sąsiedzi, z pierwszego piętra. Nad nami, na drugim piętrze zamieszkali państwo Jurewiczowie z dziećmi Heleną, Cześkiem i Marysią oraz państwo Chojnowscy, z  Ryśkiem, Romkiem i Andrzejem.

Pan Stanisław Chojnowski przyjechał do Ostródy z Raciąża z zadaniem odbudowy i uruchomienia mleczarni. Żona, pani Marta, kobieta o gołębim sercu zajmowała się domem i dziećmi. Pamiętam ją doskonale, bo z chłopakami byłem mocno zaprzyjaźniony, również po ich przeprowadzce do mleczarni, gdzie zamieszkali na pierwszym piętrze budynku biurowego. To mama Chojnowska wyciągnęła mnie z kuchni i ratowała, kiedy straciłem przytomność po zatruciu gazem miejskim. Z uruchomionej gazowni popłynął gaz, kurki nie były zakręcone, bawiliśmy się w kuchni, moi koledzy często wychodzili z pomieszczenia, ja nie i dlatego najbardziej ucierpiałem. Zawiadomiona ciocia Janka, była córką felczera, miała w domu jakieś podręczniki medyczne i swoimi sposobami przywróciła mnie życiu. Zanim mleczarnią zajął się pan Chojnowski, była przez wszystkich szabrowana i dewastowana, ale  my lubiliśmy się tam bawić, chociaż to była ruina bez schodów. Aż dziw bierze, że nikomu się nic nie stało. Wydaje mi się, że brakujące schody zrobił wuj Stanisław Jaskółowski, stolarz z zawodu. Do dziś mam pamiątkę z mleczarni, butelkę z napisem Molkerei-Genossenschaft Osterode O-P i kartonowy kapsel z napisem Vollmilch Osterode. Mleczarnia, spełniająca wtedy niezwykle ważną rolę w tym rejonie została uruchomiona dzięki wiedzy i talentom organizacyjnym pana Stanisława Chojnowskiego. Przez wiele lat pracował z nim Tadeusz Haine, główny mechanik mleczarni.

W sąsiednim budynku – bliźniaku, pod numerem 9, zamieszkała przyrodnia siostra Ojca, Emilia Jaskółowska z matką Izabelą, mężem Stanisławem – stolarzem pracującym w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i dziećmi: Tadeuszem, Czesławem, Franciszkiem i Łucją, nazywaną Bogusią, urodzoną już w Ostródzie. Brat Emilii, przyrodni brat Ojca, Stanisław Małyszko, uczestnik kampanii 1939 r. i  bitwy pod Monte Cassino, po powrocie z Anglii do Ostródy szybko zorientował się, iż zbyt mocno interesuje się nim Urząd Bezpieczeństwa, wobec czego przeniósł się do Szczecina. W „dziewiątce” na pierwszym piętrze zamieszkali państwo Rynkiewiczowie z synem Stanisławem, późniejszym lekarzem weterynarii i córką Beatą, która ukończyła farmację, oboje po studiach pracowali w Olsztynie. Państwo Rynkiewiczowie spod „dziewiątki” i spod „piątki” byli repatriantami ze Święcian. Wszyscy pracowali na kolei. Na parterze pod „dziewiątką” zamieszkała rodzina Krysiewiczów, pocztowca z Wilna, który pracował w swoim zawodzie również na poczcie w Ostródzie. Obok nich zamieszkała kolejarska rodzina Jatkiewiczów.

Ale wróćmy do naszej rodziny. Najmłodsza siostra Mamy Ludwika Minkiel, z mężem Władysławem i dziećmi: Marysią, Czesławem i Wacławem, z gospodarstwa w Taboryszkach osiadła na gospodarce w Reszkach koło Ostródy. Przyjechali z całym dobytkiem, czyli krową i koniem, tym samym „naszym” transportem. Syn Janek urodził się zaraz po przyjeździe, a ostatni, Tadeusz, w 1958 roku. W dzieciństwie wielokrotnie bywałem u cioci Ludy na wakacjach, w mojej pamięci zachowały się jak najlepsze wspomnienia.  Może dlatego tak lubię wieś, że w końcu na wsi zamieszkałem. Gdy byłem u cioci dotarła do mnie wiadomość o powrocie Taty z zesłania.

Ulicy Jaracza, a zwłaszcza jej mieszkańcom należy poświęcić nieco więcej uwagi, po 1945 roku zamieszkali tu głównie przesiedleńcy z  kresów wschodnich, Wileńszczyzny i Wołynia. Przybyli tu również ludzie z innych regionów Polski, w poszukiwaniu pracy, może lepszego życia, czasem zwykli szabrownicy. Kolej, zwłaszcza Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego, dała pracę większości mieszkańców Jaracza, ale pracowała tam też rzesza ludzi „z miasta”. Do dziś pamiętam długą syrenę o godzinie 6.30 na znak, że należy przygotować się do wyjścia, a o 7.00 krótka syrena oznajmiała rozpoczęcie pracy. O godzinie 15.00  krótka syrena obwieszczała zakończenie dnia roboczego i wtedy przez budynek portierni na ulicę wysypywały się setki ludzi. Część kierowała się w prawo na Jaracza, część w lewo „do miasta”.

Ulica Jaracza z bocznymi uliczkami Reformy Rolnej i Chomki, położona była na wzniesieniu, oddzielona od miasta bagnami i łąkami z jednej strony, z drugiej jeziorami Jakuba i Ornowskim, w naturalny sposób tworzyła rodzaj enklawy. Wyjście „do miasta” po zakupy lub w celu załatwienia czegokolwiek, było prawdziwą wyprawą. Długi czas większość mieszkańców tej dzielnicy, mimo stałej pracy, ale przy niskich zarobkach budżety domowe ratowała hodowlą krów, świń, kur, kóz, wszystkim tym, co zapewniało własne mleko, mięso, jaja. Z uprawianych w ogrodzie warzyw i owoców robiono zimowe zapasy.

Pamiętam wiosenne siewy, a od wczesnego lata wszystko już było własne. Nie zapomnę smaku pomidora „z krzaka” albo prawdziwych papierówek ze starych, przedwojennych drzew. Takich smaków dziś już nie ma. Tak, jak nie ma na Jaracza porykiwania krów codziennie wracających z pastwiska, idących stadem całą szerokością ulicy, pozostawiających charakterystyczny „mleczny” zapach. Każda krowa wiedziała, gdzie ma skręcić na swoje podwórze z obórką. Wypas krów odbywał się na pastwiskach i łąkach majątku Morliny i pod Tyrowem. Możliwość wypasania krów bardzo ciężko odpracowywano w majątku, na przykład pieląc buraki. Krowy były wypasane przez właścicieli, według ustalonej kolejności. Wiem coś na ten temat, bo sam pasałem krowy. Z łąk pod Tyrowem krowy przechodziły przez niestrzeżony przejazd i zdarzyło się, że pociąg wjechał w stado zabijając i raniąc kilka zwierząt. Byłem przy tym, to był straszny widok; nasza krowa ocalała.

Pamiętam też zdarzenie podczas, pierwszych po przyjeździe, wiosennych porządków w naszym ogrodzie. Zgarnięte śmieci podpalono, w tym czasie spod „trzynastki” wyruszył kondukt pogrzebowy, wszyscy pobiegli go zobaczyć, a wtedy w ognisku eksplodował pocisk, zamiast ogniska była dziura w ziemi.

Pamiętam wyprawy z ojcem do łaźni ZNTK udostępnianej w sobotnie popołudnia kolejarskim rodzinom. Natomiast potrzeby ducha załatwiał dom kultury Związku  Zawodowego  Kolejarzy, mieszczący się naprzeciw dworca. W latach pięćdziesiątych Jaracza została zradiofonizowana, to znaczy na słupach rozciągnięto dwa druty, w mieszkaniach chętni mogli instalować głośniki, tzw. kołchoźniki, przez które transmitowano program pierwszy Polskiego Radia. W naszym domu był przedwojenny odbiornik Tesla, pamiętam, że był schowany za szafą pod pościelą. Radio było nieużywane, najpierw ze strachu przed Niemcami potem przed bolszewikami. Ten wojenny strach przed jakąkolwiek władzą długo prześladował moich Rodziców. Radio zostało wydobyte ze schowka dopiero w latach pięćdziesiątych. Pamiętam, jak z zapartym tchem słuchałem pierwszych audycji np. „Matysiaków”. Po audycji radio, chociaż z drzwiczkami, przykrywano kocem. Zresztą strach i nieufność towarzyszyły nie tylko nam. Nieliczni pozostali autochtoni mieszkający przy Jaracza z trudnością asymilowali się do nowych warunków. Ciągle było niebezpiecznie. Pamiętam, że z okna mieszkania widziałem człowieka uciekającego przed „mundurowymi” do lasu. Nie wiedział, że w dole przed lasem jest jezioro. Cały czas do niego strzelano, potem rannego, trzymanego pod pachami, wleczono po bruku.

W tym okresie zdarzył się incydent, który Mama długo pamiętała i zawsze z przykrością i złością opowiadała. Ojca jeszcze nie było, więc mogła to być pierwsza połowa 1946 roku, kiedy do Mamy przyszła „władza” z propozycją zamieszkania w domku jednorodzinnym przy którejś z bocznych uliczek Jaracza. Mama chętnie się zgodziła i kiedy tam poszli, w środku zobaczyła gotujący się na kuchni obiad i ludzi. Na zastrzeżenie Mamy, że tu mieszkają ludzie, padła krótka odpowiedź – za parę minut ich tu nie będzie, to są przecież Niemcy. Mama z propozycji nie skorzystała i do końca życia, ilekroć to zdarzenie wspominała, mocno się denerwowała. Doskonale wiedziała przecież jak smakuje wyrzucenie z mieszkania, przesiedlenie, poniewieranie. Nie miała w sobie żadnych instynktów zemsty, odwetu, pomimo przeżyć dwóch wojen, strasznej rewolucji bolszewickiej – potrafiła zaprotestować przeciw wyrzucaniu ludzi z ich własnego domu. Jestem Jej za to wdzięczny. Jestem przekonany, ze takich incydentów jak wyżej opisany było niewiele, a potem może wcale. Ludzie przesiedleni, połączeni taką samą biedą i kłopotami dnia codziennego, często mający za sobą tragiczne przeżycia, byli ze sobą zżyci. W pamięci zachowałem codzienną solidarność wśród przesiedleńców, chociaż przykładów przytoczyć nie mogę.

Pomału Jaracza cywilizowała się, pod naszym mieszkaniem był sklep mięsny B. Piórkowskiego, pod „siódemką”, w której mieszkali państwo Jasiukiewiczowie, Puchalscy, Szurpiccy uruchomiono sklep spożywczy, pod „jedynką” Strzegoccy uruchomili piekarnię, z problemami, ale ruszyła nareszcie mleczarnia. Chłodnie, dla potrzeb technologicznych zakładu, zastępował zgromadzony zimą lód, magazynowany w ogromnych dołach, przysypany grubą warstwą trocin. Zimą lód wyrąbywano w pobliskim jeziorze, przywożąc go wielkimi furami zaprzężonymi przynajmniej w dwa silne konie pociągowe. Lodowy ładunek transportowano do ulicy Jaracza, potem za mleczarnią, skręcając ostro pod górkę ślepej uliczki w stronę domu państwa Walentynowiczów, kresowiaków. A’ propós państwa Walentynowiczów: z ich córką ożenił się Marceli Jurdeczka, nauczyciel szkoły w Reszkach, skąd go pamiętam, a potem nieoceniony animator kultury w Ostródzie i Olsztynku. Społecznik, dusza człowiek.

Pod „siódemką”, gdzie był sklep, na parterze mieszkali państwo Jasiukiewiczowie, mieli syna Eugeniusza, potem urodziła się im córka Mirka. Na piętrze mieszkało młode małżeństwo, Emilia Szurpicka z mężem. Obok nich mieszkali państwo Puchalscy z córką Urszulą i synem Marianem. Ojciec Puchalski, były wojskowy, potrafił budować łodzie i kajaki, jeden kajak kupił od niego w latach pięćdziesiątych mój kuzyn Jurek Kotkowski, służył mu wiele lat.

Natomiast Marian Puchalski odznaczał się wyjątkowymi zdolnościami piłkarskimi. Był najlepszym bramkarzem wśród naszych kolegów z Jaracza i nie tylko. Przezywaliśmy go „Szmata” bo broniąc bramki rzeczywiście tak padał na ziemie łapiąc piłkę. Jego zdolności i sprawność zostały szybko zauważone, grał w bramce „Sokoła” w Ostródzie, w „Warmii Olsztyn’, potem była „Korona Kielce” gdzie kopał piłkę i był trenerem. Potem wrócił do „Warmii Olsztyn”. Ostatni raz spotkałem go na meczu „Stomilu” z „Koroną Kielce”. Była to okazja do wspomnień. Zmarł w Ostródzie w 1999 roku, po długiej i ciężkiej chorobie.

Mecze piłkarskie, w palanta, klipę, rozgrywały się na polu nad jeziorem. Zwykle było to po wykopkach lub żniwach, bo lato spędzaliśmy głównie nad wodą. Tylko gra w „moniaki”, w tzw. „ściankę” polegająca na odbijaniu monet od cegieł siłą rzeczy musiała odbywać się przy nieotynkowanych budynkach. Najlepsi z nas chodzili z kieszeniami wypchanymi monetami. Zwykle to były aluminiowe fenigi, rzadziej monety mosiężne. Pamiętam, że miałem dwa duże brązowe medale olimpiady berlińskiej  z 1936 r. Gdzieś się zapodziały, były to tzw. „bliny”. Miejscem, gdzie gromadziła się młodzież, a w wolne dni dorośli, było jezioro. Były tam łódki, budowaliśmy tratwy, pływaliśmy wpław, często jeszcze nie bardzo umiejąc czytać i pisać, przepływaliśmy jezioro i na drugim brzegu szliśmy do lasu na maliny. Było to wieczne utrapienie mojej Mamy, sama bała się wody i nie pływała. Szczęśliwie nie było wypadków utonięć.

Pamiętam nasze zatajone przed rodzicami wyprawy na druga stronę torów kolejowych, nad jezioro Drwęckie, gdzie pomiędzy ujściem rzeczki a torami kolejowymi, pod wodą, leżały ogromne mosiężne łuski armatnie. A w nich bywały węgorze albo miętusy, tylko trzeba było wyszukać łuskę nogą i szybko podnieść otworem do góry. Latem, nad jezioro Jakuba na dziką plażę, przychodził często ksiądz Tadeusz Świrtun, zawsze z teczką cukierków i głową pełną pomysłów na zabawy. Organizował nam zawody, gry, lubiliśmy go bardzo. To dzięki niemu zostałem ministrantem. O młodzieży mieszkającej na Jaracza mówiło się „chłopcy z Jaracza”. Między nami była sztama, chłopcy z Jaracza nie dawali się tym „z miasta”. Chociaż od czasu do czasu” iskrzyło”, ale nasi zwykle byli górą. Wśród nas byli Romek i Rysiek Chojnowscy, Tadeusz Cichoński, Jan Dąbrowski, Heniek i Janek Strzegoccy, Czesiek i Rysiek Rynkiewiczowie, Mietek i Andrzej Kotliccy, Rysiek Maciejewski, Staszek Rynkiewicz, Radek Urbalewicz, Jurek Pieślak, Heniek i Rysiek Gajdamowiczowie,  Zdzichu Car. Wielu z nich jest już po drugiej stronie.

Moją edukację miałem zacząć w 1946 roku od przedszkola, ale nie zostałem przyjęty, było trochę płaczu i jesienią 1947 roku poszedłem do szkoły podstawowej przy ulicy 1-go Maja. Moją wychowawczynią była pani Molska, anioł nie nauczycielka, potem wychowawcą był pan Mączyński, kochający roboty ręczne, były więzień obozu koncentracyjnego, następnie pani Miecznikowska, a szkołę kończyłem pod okiem pani Cecylii Ruszczyńskiej. W szkole podstawowej tańczyłem w zespole stworzonym i prowadzonym przez panią Irenę Raubo. To właściwie były dwa zespoły, dla młodzieży licealnej i dzieci z podstawówki. Jak ona potrafiła to sama zorganizować, doprawdy nie wiem. Dwa zespoły, próby, aranżacje muzyczne – sama grała na akordeonie, choreografia, stroje, występy nie tylko w szkole. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy folklor Warmii i Mazur. Z tego okresu pozostało mi kilka zdjęć i dobrych wspomnień. Trzeba dodać, że pani Irena pracowała zawodowo – była stomatologiem, miała rodzinę. Był też chór szkolny, prowadzony przez pana Karola Szarka, rusycystę, karierę chórzysty skończyłem po przesłuchaniu na drugiej próbie. Wydawane przeze mnie dźwięki nie pasowały chyba do koncepcji dyrygenta. Po szkole podstawowej była średnia, matura i studia na Politechnice Gdańskiej, na Wydziale Budownictwa Lądowego. Studia ukończyłem dzięki ogromnemu wyrzeczeniu i poświęceniu moich Rodziców, tak jak i większość uczących się kolegów z kolejarskich rodzin. Warto o tym pamiętać.

Po studiach do Ostródy już nie wróciłem, chociaż przez cały czas byłem i jestem z miastem mojego dzieciństwa związany. Większość moich kolegów z najbliższego sąsiedztwa w miarę możliwości starała się uczyć, pokończyli szkoły, studia. Leszek Ramotowski ukończył Akademię Wychowania Fizycznego, moi kuzyni Romek i Marian Katkowscy, absolwenci Politechniki Gdańskiej pozostali w Gdańsku, Jurek Kotkowski, mechanik po Politechnice też mieszka w Gdańsku, Staszek Rynkiewicz skończył weterynarię, jego siostra farmację, oboje są w Olsztynie, Roman Chojnowski jest absolwentem Wydziału Mleczarstwa Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, Tadeusz Cichoński absolwent Politechniki w Gdańsku, Jan Dąbrowski, doktor fizyki i poliglota, Zbyszek Korejwo, rusycysta na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, Staszek Subocz, Rysiek Czerwiński, jeden z najlepszych artystów fotografików przyrody, Sławek Siniakiewicz, Zdzich Car z braćmi, Jurek Ługin, znany drogowiec Jurek Bako – czy to wszyscy? Na pewno nie, moja pamięć jest zawodna.

Jednym z pierwszym studentów z Jaracza był Heniek Dawnis, znany i ceniony lekarz urolog. To on z okna „trzynastki” obserwował moje mocowanie się z parasolem na półpiętrze, a potem szaleńczy skok w dół. Parasol się połamał, spadochroniarz nieźle się poturbował. Po upadku wczołgałem się do mieszkania i wtedy do zupełnie nieświadomej sytuacji mojej Mamy wpadł Heniek pytając, co z Jędrusiem? Skończyło się leżeniem i  ścisłą kontrolą książek, które czytałem. Miałem wtedy dziewięć albo dziesięć lat. Niezrealizowane tęsknoty do spadochronu pozostały. W 1953 roku zapisałem się od klubu żeglarskiego „Sokół” i wtedy zasmakowałem żeglarstwa, czemu jestem wierny do dziś. Do końca życia będę pamiętał pierwszy rejs na jezioro Jeziorak małymi „słonkami” pod komendą kierownika i twórcy żeglarskiego klubu „Sokół Ostróda” pana Alberta Popławskiego. To był człowiek-orkiestra, potrafił z niczego stworzyć klub, zachęcić do żagli wielu młodych ludzi, a ze szkutnikiem panem Goździkiem remontowali stare łodzie, budowali nowe. Nie zdarzyło mi się widzieć w klubie pana Popławskiego bezczynnego, a  przecież   pracował w ZNTK, miał liczną rodzinę. Wspólnie z panem Goździkiem zbudowali dwa jachty kilowo-mieczowe, dwumasztowe jole, na których szkoliła się młodzież pływając na zalew. Doprawdy, klub „Sokół” powinien nosić jego imię.

Dzisiaj Jaracza jest dużym osiedlem, zmieniło się prawie wszystko. Zniknęły ogrody zabudowane blokami z płyty. Nie ma piekarni Strzegockich, zamknięto mleczarnię, nasze dzikie plaże zarosły. Wielu mieszkańców wyprowadziło się lub już nie żyje, na ich miejscu są inni, rośnie nowe pokolenie.

Do Wilna można było pojechać dopiero po 1956 roku i Ojciec zdecydował się na podróż rok później, czyli w roku 1957, zabierając mnie ze sobą. Celem były odwiedziny stryja Jana Małyszko, którego ojciec był ulubionym bratankiem. Do domu wróciliśmy z przyrodnią siostrą Ojca, Adelą Leczycką i jej rodziną,  którzy też osiedlili się w Ostródzie.

Stryj Jan z żoną Marią mieszkał w Wilnie przy ulicy Mostowej, całe życie pracował w seminarium duchownym. Kiedy go poznałem, mimo wieku (ur. 1873, zm. 1958) trzymał się prosto, miał piękne siwe wąsy. Był znany i powszechnie szanowany za swą uczciwość i prawość. Mój Ojciec wiele mu zawdzięczał, to z jego poręczenia na początku lat trzydziestych otrzymał pracę w Katedrze Wileńskiej, gdzie pracował do lat czterdziestych.

Znana mi jest historia jednego z ziemian, który za przechowanie sakiewki z rodzinnymi kosztownościami odwdzięczył się stryjowi skrzypcami ze szkoły Amatiego. Wiele takich sakiewek stryj przechował w kościelnym seminarium w czasie pierwszej wojny światowej. Ofiarodawca znał zamiłowania stryja do skrzypiec, gitary, do pięknych starych mebli. Miałem te skrzypce w rękach, stryj bardzo chciał mi je sprezentować, ale ja wtedy wolałem nową gitarę za trzy i pół rubla. Może i lepiej,  że tak się stało, bo wiem, że zamienił je przed śmiercią na trumnę, krzyż i jedzenie, gitarę już nieczynną mam do dziś. Wtedy, w 1957 roku, otrzymaliśmy od stryja kilka innych ważnych pamiątek, m.in. krzyż z relikwiami przemyślnie zamkniętymi wewnątrz i opieczętowanymi pieczęcią lakową. Stryj otrzymał ten krucyfiks od biskupa lub rektora seminarium. Paręnaście lat temu rozmawiałem z biskupem Kisielem z Białegostoku, który stryja doskonale pamiętał i serdecznie go wspominał. W naszym domu stoi szafa – staroć, prezent od stryja, kiedy w latach czterdziestych sowieci likwidowali seminarium. Wewnętrzna strona drzwi pokryta jest datami i wpisami kleryków. Najstarszy wpis pochodzi z 1906 roku, potem 1907, 1914, 1917 itd. aż do ostatniego, który niedawno odczytałem: dwa nazwiska kleryków spięte klamrą „A.Turzyński, K. Polachowski – opuścili te mury i poszli do partyzantki 9 II 1940 „ – jak się okazało, było to w przeddzień pierwszej, masowej wywózki Polaków na Sybir. Historia. Dziesiątki pytań bez odpowiedzi…

Jak wspomniałem wyżej, Ojciec zaczął pracować w katedrze po wystąpieniu Wilii z brzegów i zalaniu katedry. Gdy przystąpiono do ratowania świątyni, w podziemiach odkryto groby królewskie. Ojciec nie brał czynnego udziału w wykopkach, pracowali tam specjaliści, profesorowie, ale przy tym był. W rodzinnych zbiorach zachowało się kilka zdjęć z tego okresu.

W 1989  roku  pojechałem w odwiedziny do moich kuzynów do Wilna. Któregoś dnia zaszedłem do kościoła Św. Jana, gdzie byłem ochrzczony i dołączyłem do grupki polskich turystów, z ciekawością słuchając przewodniczki. Po chwili grupa rozeszła się, zostaliśmy sami i wtedy od przewodniczki dowiedziałem się o skarbach znalezionych w Katedrze. Po powrocie z Wilna zrelacjonowałem wszystko Ojcu, który mocno zdenerwowany opowiedział, jak, gdzie i co chował na polecenie księdza Wołodźki w ścianach świątyni. W tym czasie ksiądz Cichoński przebywał na syberyjskim zesłaniu. Ksiądz Wołodźko przyjął od Ojca przysięgę o zachowaniu tajemnicy. Ojciec dopiero teraz poczuł się z niej zwolniony i mógł mi opowiedzieć wszystko, co pamięta. Mówił, że zamurowywał znalezione w ścianie przez sowietów naczynia liturgiczne, schował 1,5 metrowy świecznik, używany do paschału, ukrył też łańcuch i sygnet Barbary Radziwiłłówny. W 2002 roku pod patronatem prezydenta Litwy wydano album „Katedra Wileńska” i tam znalazłem zdjęcia rozprutej w 1985 roku ściany z naczyniami liturgicznymi. Ojciec zamurowywał je w 1940 roku ukrywając w ten sposób przed sowietami. Podczas pobytu w Wilnie znalazłem też na Rossie miejsce pochówku mojego brata. Życzliwa mi kowieńska Litwinka, emerytowany historyk sztuki, pracująca jako kierownik cmentarza Rossa, okazała mi daleko idącą pomoc. Po zapoznaniu się z dokumentacją zaprowadziła mnie na miejsce spoczynku brata.

Kronikarski obowiązek nakazuje mi wrócić do wcześniejszych losów mojej rodziny. Z przekazu ustnego i zapisków Ojca wiem, że pradziad mojej Mamy, Ignacy Katkowski na Wileńszczyznę przybył z Krakowa. Kiedy, dlaczego i z kim wybrał się w taką podróż, pewnie nigdy się nie dowiemy. Moja Mama urodziła się w Taboryszkach w roku 1898, zmarła w wieku 85 lat w Ostródzie. Taboryszki, to niewielka wieś niedaleko stacji kolejowej Gudogaje, powiat Oszmiana. W 1915 roku rodzinę Mamy przesiedlono na wschód, zatrzymali się w Romnach, dziś wschodnia Ukraina. Tam spędzili 5 lat i wrócili do Taboryszek w 1920 roku. Mama czasem wspominała, że w tym czasie znała kilku żyjących jeszcze powstańców styczniowych. Rozmawiała z nimi, opowiadała mi o tym, ja jednak nie zachowałem żadnych szczegółów tego epizodu w pamięci. Ze swoim bratem Józefem w r. 1917, Mama zakładała w Romnach harcerstwo polskie, a  po powrocie do Polski w Gudogajach mocno udzielała się w Kole Młodzieży, którego też była współzałożycielką. Z okresu romeńskiego harcerstwa zachowały się pamiątkowe zdjęcia przyjaciół Mamy z dedykacjami i własnoręcznie wyhaftowany proporzec Zastępu Dzięciołów IV Romeńskiej Żeńskiej Drużyny. Inne dokumenty przed wyjazdem Józef zakopał, obawiając się bolszewickich rewizji. Przed przesiedleniem na wschód ojciec Mamy, Antoni, zdołał kupić maszynę do szycia marki Singer, zapłacił za nią 135 rubli. To był rok 1914, maszyna do dziś jest sprawna, zachowały się dokumenty zakupu. Zachowały się też świadectwa szkolne Mamy, ze szkoły kolejowej w Nowej Wilejce z lat 1913 – 15 i ze szkoły w Romnach 1915 – 1918.

Pradziad Mamy Ignacy Katkowski miał dwóch synów Wincentego i Rafała. Wincenty, żonaty z Anną, miał trzech synów i cztery córki: Marcina, Kazimierza, Antoniego (ojciec mojej Mamy Marii), Marię, Izabelę, Agatę i Karolinę. Synowie Wincentego mieszkali w Taboryszkach do końca życia, najstarszy Marcin, dwukrotnie żonaty, miał syna Jana i dwie córki, wszyscy oni wyemigrowali do Rygi, zachowało się kilka zdjęć i ryska korespondencja. Z drugiego małżeństwa Marcina z Anielą urodził się Antoni, Stanisław i Zofia. Antoni, z żoną Franciszką z domu Taraszkiewicz, po przyjeździe do Ostródy z dziećmi: Romualdem, Marianem i Danusią zamieszkali przy ulicy Jaracza 11.

Kazimierz miał trzech synów: Bolesława, Stanisława, Wiktora i córkę Stefanię. Wszyscy zmarli w czasie I Wojny Światowej. Antoni, najmłodszy wnuk Ignacego, ożenił się z Anielą, z domu Aleksandrowicz. Mieli trzech synów i dwie córki. Józefa, któremu w metryce chrztu ksiądz wpisał omyłkowo Kotkowski, Michała późniejszego fotografa i pocztowca, Wacława całe życie kolejarza, Marię moją Mamę i Ludwikę gospodarującą na ojcowiźnie najpierw w Taboryszkach, potem w Reszkach pod Ostródą.

Mama, najstarsze dziecko Antoniego Katkowskiego, dwie klasy rosyjskiej szkoły kolejowej ukończyła w 1915 roku, następne dwie w Romnach. Marzenia o dalszej nauce przerwała śmierć Jej Mamy, na Nią spadło wychowanie młodszego rodzeństwa. Żal niespełnionych marzeń pozostał Jej do końca życia, za to zachowała ogromny szacunek do książek i wiedzy, ten szacunek wpajała we mnie bez przerwy. Bardzo przeżywała moje wpadki z jakąś dwóją w dzienniku. Chyba Jej się to udało, gdyż nie wyobrażam sobie życia bez  książek.

Rodzina mojego Ojca mieszkała w Taboryszkach w sąsiedztwie rodziny mojej Mamy. Rodzice opowiadali jak 5 letni Janek, mój późniejszy Ojciec oznajmił, że się z Manią ożeni. Słowa dotrzymał w 1930 roku. Przedtem jednak zaznał biedy, głodu i chłodu. Opowiadał, że w nieurodzajne lata rosnąca na podwórzu lipa stała bez liści. Były zrywane, suszone i dla zwiększenia objętości dodawane do ciasta, z którego wypiekano chleb.

Ojciec pamiętał jeszcze swojego dziadka Kazimierza i babcię Michalinę, jednak nie znał ich losów. Mieli oni czworo dzieci: Wincentego – mego dziadka ze strony ojca, Jana – późniejszego pracownika seminarium duchownego w Wilnie, Stanisława i córkę Karolinę. Wincenty Małyszko (1869-1923)  i  Władysława z domu Szyszkiewicz (zm. w roku 1907) mieli syna Jana, mego ojca (1902-1993), Katarzynę (ur. 1904 – zm. w czasie II wojny), Brygidę (ur. 1906 – żyła rok).  Po śmierci  żony, Wincenty ożenił się w 1909 r. z Izabelą z domu Zamaro (zmarła w Ostródzie w 1959), z którą miał czworo dzieci: Emilię po mężu Jaskółowską (ur. 1912), Adelę (ur. 1914)  zamężną z Wiktorem Leczyckim (oboje zmarli w Ostródzie), Stanisława (ur. 1916 – zm. w Szczecinie) – żołnierza spod Monte Cassino, późniejszego kolejarza i  Bolesława (1921 – 1922).

Drugi syn Kazimierza – Jan, ukochany stryj mego ojca (ur.1873 zm. 1958 w Wilnie) dość wcześnie usamodzielnił się. Pracował w wileńskim seminarium duchownym do czasu jego likwidacji przez bolszewików. Żonaty z Marią , bezdzietni.

Trzeci syn Stanisław (zm.1920) z żoną Stanisławą (zm. w latach 30-tych) miał czworo dzieci: Bolesława, Jadwigę, Zenona i Leokadię po mężu Harasimowicz.

Ostatnie dziecko Kazimierza, Karolina Małyszkówna, po mężu Soroczyńska, miała córkę Marię, zamężną z Glazerem.

Mój dziad Wincenty Małyszko (3.01.1869 – 25 .01.1923) po 1900 roku pracował na kolei w parowozowni do czasu, kiedy zdarzyła się awaria i zestaw kołowy parowozu stoczył się po nasypie. Nikomu nic się nie stało, obarczony winą stracił pracę, ale był szczęśliwy, że Rosjanie nie wywieźli go na Syberię, bo za takie przewinienia groziła zsyłka. W tym samym czasie do domu wrócili jego bracia, zmobilizowali na wojnę z Japonią w 1905 roku. Nie zdążyli powojować, wrócili do domu mając ze sobą walizki podróżne, które wzbudziły podejrzenia, iż przywieźli łupy wojenne. Nocą na dom dziadków napadli bandyci i szukając skarbów zaprószyli ogień. Wtedy na strychach międlono len, wszędzie był łatwopalny pył, ogień spalił dom w kilka chwil. Zginęła babcia, reszta rodziny, w tym dwoje małych dzieci w koszulkach uciekło z ognia. Jednym z nich był mój późniejszy tata.

Według relacji Ojca złodzieje zostali rozpoznani i zamknięci. Pomoc sąsiadów, zwłaszcza rodziny mojej Mamy, umożliwiła szybkie odbudowanie domu. Dziadek Wincenty nadal gospodarzył na trzech dziesięcinach lichej uprawnej ziemi. Mój Ojciec, po odsłużeniu w 1924 roku wojska, wyruszył w świat za chlebem. Znalazł pracę w Białymstoku, w przedsiębiorstwie autobusowym jako konduktor, a potem jako kierowca. Po ślubie z Mamą w 1930 roku oboje mieszkali jakiś czas w Białymstoku, potem przenieśli się do Wilna. Tam Ojciec pracował jako kierowca miejskich autobusów, aż znalazł pracę w Katedrze Wileńskiej. W okresie okupacji niemieckiej, zdobyte wcześniej prawo jazdy pozwoliło mu pracować w zaopatrzeniu szpitala w Wilnie. Po przyjściu sowietów krótko był zatrudniony na poczcie, skąd po aresztowaniu trafił do Dzierżyńska.

Po przymusowym osiedleniu w 1945 roku w Ostródzie, Mama jakiś czas łudziła się powrotem do Wilna, sadząc jak wielu, że sytuacja jest przejściowa. Kiedy w latach 60-tych pojechała tam z Ojcem w odwiedziny, rozgoryczona sowieckimi porządkami postanowiła nigdy więcej do Wilna nie jeździć.

Pomału wrastaliśmy w warmińsko-mazurską ziemię, nasze córki Karolina i Maciejka, urodzone warmianki wiedzą, że tu jest ich ojczyzna. Rodzice mojej żony Teresy korzeniami sięgają Wileńszczyzny i Wielkopolski – mama Franciszka z domu Pieślak, rodem z Nowej Wilejki, tata Stefan Łagodziński, Wielkopolanin z Pleszewa, przed wojną służył w Korpusie Ochrony Pogranicza w Nowej Wilejce. Po wybuchu wojny cudem uniknął Katynia, obojgu udało się dotrzeć do Pleszewa.

W lutym 2006 Karolina urodziła nam wnuka Andrzeja. To już następny rozdział historii związanej z Warmią.

Andrzej Małyszko  

 

 

1 KOMENTARZ

  1. Nazywam sie Mirosław Jaskułowski i zainteresowany jestemrodzina jaskó(u)łowskich z wileńszczyzny. Czy jest możliwy kontakyt z autorem?

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.